Cisza. Medytacja. Buddyzm.

facebooktwitterpinterest

20273_1172172194725_5679439_n

Prawdziwym luksusem w dzisiejszych czasach nie jest wcale sportowy samochód, droga torebka czy willa z basenem, ale tzw. spokój ducha, a raczej umiejętność osiągania tego stanu w każdych okolicznościach. Brzmi banalnie, ale banalne wcale nie jest. Zatraciliśmy bowiem naszą naturalną zdolność do pozostawania sami ze sobą, z własnymi myślami, do odczuwania otaczającego nas świata tu i teraz. Jesteśmy albo w przeszłości albo w przyszłości, rzadko się zdarza, byśmy potrafili naprawdę świadomie odczuwać chwilę obecną. Można się więc pokusić o stwierdzenie, że większość czasu jesteśmy de facto w stanie nieświadomości. Nie dostrzegamy bowiem tego, co się wokół nas dzieje, nasze zmysły pozostają wyłączone, często nawet nie pamiętamy czynności, jakie wykonywaliśmy lub wykonujemy w danej chwili (sic!). A wszystko dlatego, że współczesność jest zdeterminowana przez wielozadaniowość. Im więcej rzeczy wykonujemy w tym samym czasie, tym zwiększa się rzekomo nasza wydajność. Niestety, odbywa się to często kosztem jakości, ale nie tylko – cierpi również nasz umysł permanentnie poddawany wysiłkowi intelektualnemu w postaci ciągłego przetwarzania setek tysięcy informacji i bodźców zewnętrznych. W efekcie, coraz mniej zapamiętujemy, coraz mniej czujemy, za to stajemy się coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani. Popadamy w depresję, mamy problemy ze snem, ciężko nam odnaleźć raz utraconą równowagę.

Mózg, podobnie jak nasze mięśnie, również potrzebuje odpoczynku i regeneracji. Nieustanny trening, bez chwili wytchnienia i odpowiedniej ilości czasu potrzebnej na odnowę, nie tylko nie daje pożądanych efektów, ale wręcz przynosi skutki przeciwne do zamierzonych. Ciało niszczeje, „pożera” samo siebie (efekt katabolizmu mięśniowego), ostatecznie odmawia posłuszeństwa, niekiedy prowadząc do wieloletniego rozregulowania układu hormonalnego i innych kontuzji związanych z przetrenowaniem. To samo tyczy się naszego mózgu. On także potrzebuje odpoczynku i możliwości zregenerowania się, a to możemy zapewnić tylko wtedy, gdy ograniczymy ilość bezwartościowych informacji, które mózg musi nieustannie przetwarzać. Czasem oglądając film, jednocześnie przeglądamy facebooka albo wykonujemy inne czynności. Trudno jest nam tak po prostu usiąść i skupić się tylko i wyłącznie na jednym zadaniu. Nawet leżąc w łóżku przed snem, często nie jesteśmy w stanie „wyłączyć” natłoku myśli. Stąd bierze się bezsenność, która z kolei prowadzi nierzadko do depresji lub stałego obniżenia nastroju.

Stan niemyślenia jest wyjątkowo trudny do osiągnięcia, gdyż wymaga dużej świadomości i pracy nad własnym umysłem. Wielu z nas nie zdaje sobie nawet sprawy z faktu, iż nieustannie prowadzi w głowie dialog z samym sobą. Ta niekończąca się rozmowa często przynosi pozytywne skutki, np. pozwala nam się lepiej zmotywować lub zmobilizować do podjęcia trudnego zadania. Jednak w większości przypadków jest to całkowicie bezproduktywna paplanina myśli, która zamiast pomagać, coraz bardziej nas przytłacza. I tu z pomocą przychodzi medytacja, która kiedyś była całkowicie nieznana i niezrozumiana, a obecnie cieszy się coraz większą popularnością. Aby korzystać z wielu niesamowitych wręcz korzyści prozdrowotnych płynących z medytacji, nie trzeba być wcale mnichem buddyjskim ani jakąś szczególnie uduchowioną osobą.

Medytacja, owszem, kojarzy się z joginem godzinami siedzącym w pozycji lotosu, który do znudzenia powtarza swoją mantrę. Jednak poza tym, że jest to raczej stereotyp nie do końca znajdujący pokrycie w rzeczywistości, medytacja obecnie stanowi jedną z wielu niezwykle przydatnych technik samorozwojowych. Z powodzeniem korzystają z niej sportowcy, biznesmeni, uczniowie i wszyscy ci, dla których równowaga w życiu i spokój umysłu to sprawy priorytetowe.

Z pewnością wielu z nas słyszało termin „zen”, może nawet stosowało go jako synonim spokoju lub opanowania. Jednak czym tak naprawdę jest zen? Tutaj warto odnieść się do nauk japońskiego mnicha buddyjskiego, Shunryu Suzuki, który spopularyzował ten nurt buddyzmu na świecie. W dużym skrócie, zen oznacza „cichą medytację”, czyli kontrolowanie naszych myśli. Wbrew powszechnemu mniemaniu, medytacja nie oznacza wcale oderwania się od bodźców zewnętrznych lub półsnu. Wręcz przeciwnie – celem medytacji zazen (medytacji siedzącej) jest osiągnięcie najwyższego stopnia świadomości, który Japończycy nazywają satori, czyli „osiągnięcie wewnętrznego przeświadczenia”. Tylko wtedy, gdy nasze myśli skoncentrują się na jednym punkcie, tu i teraz, będziemy w stanie naprawdę zajrzeć w głąb siebie i odzyskać prawdziwą równowagę pomiędzy ciałem a umysłem. Wtedy też, zgodnie z nauka buddyjską, ustanie nasze cierpienie.

Medytację można nazwać „oczyszczaniem” umysłu. Tylko pusty i gotowy umysł jest w stanie przyjąć nową wiedzę i dostrzec rzeczywistość, a nie powierzchowność naszej egzystencji. Budda nie był przecież bogiem ani też buddyści nigdy go za takiego nie uważali. Był człowiekiem, „który się przebudził”. Siddhartha Gautama, bo tak naprawdę miał na imię, urodził się w Nepalu, w rodzinie królewskiej. Pewnego dnia postanowił jednak porzucić swoje dotychczasowe życie i udać się w poszukiwaniu Oświecenia. Na swojej drodze spotykał żebraków, chorych, ale także świętych (sadhu). Wszystkie te spotkania pozwoliły mu zrozumieć, że „rozwiązaniem zagadki ludzkiej egzystencji i przeznaczenia nie jest tylko wypełnianie swoich obowiązków społecznych”. Aby odkryć prawdę istnienia, Siddhartha musiał porzucić oczekiwania co do przyszłości, rodzinę, bezpieczeństwo i narazić się na gniew ludzi. Wybrał drogę ascezy. „Wyrzekając się przyjemności i zadając sobie umyślnie cierpienia fizyczne doprowadził się na skraj śmierci, lecz nie przybliżyły go one – jak oczekiwał – ani o krok ku ostatecznemu zrozumieniu. Porzucił więc tę ścieżkę i postanowił wejrzeć we własne serce i umysł. Siedząc pod drzewem figowym poprzysiągł sobie: „niech ciało me szczeźnie, krew ma wyschnie, lecz ja nie podniosę się z tego miejsca dopóki nie osiągnę Oświecenia”. Po czterdziestu dniach Siddhartha w końcu je osiągnął, stając się Buddą”.

Przypomina to bardzo biblijną historię Jezusa, który również spędził czterdzieści dni na pustyni, gdzie w samotności walczył z kuszeniem Diabła. Nie zamierzam tu jednak dokonywać porównania buddyzmu i chrześcijaństwa, choć zapewniam, że podobieństw jest całe mnóstwo. Chciałam natomiast zwrócić uwagę na znaczenie samotności i walki z własnymi słabościami, by ostatecznie osiągnąć stan wyzwolenia i spokoju. Ostatecznie jesteśmy bowiem tylko my i nasze myśli. Nasz umysł może nas albo pokonać albo stać się naszym wiernym sprzymierzeńcem. Samotność, tak piętnowana w dzisiejszych czasach, jest de facto bardzo potrzebna. To dzięki niej uzyskujemy równowagę wewnętrzną, oczyszczamy umysł, odkrywamy siebie.

Erling Kagge, norweski podróżnik i pisarz, w swojej najnowszej książce zatytułowanej „Cisza”, stwierdza dość dosadnie, iż współczesny człowiek całkowicie stracił umiejętność przebywania w ciszy i doceniania tego, co cisza ma nam do zaoferowania. Cisza nie jest bowiem „niczym”, jakby mogło się wydawać, ale stanowi sens naszego istnienia. Bez niej, żyjemy w chaosie, który budzi coraz większy stres. Kagge pisze, „podoba mi się idea przeżywania ciszy jako celu samego w sobie. Ma ona własną wartość i w przeciwieństwie do wielu innych rzeczy nie należy jej ważyć ani mierzyć”. Kto z nas ostatnio zasmakował prawdziwej ciszy? Czy cisza absolutna jest w ogóle możliwa? Czy przyzwyczajeni do gwaru miasta, pracujących maszyn, ciągłych rozmów, bylibyśmy w stanie odkryć zalety prawdziwej, niczym nieskażonej ciszy czy też stan ten okazałby się dla nas niepokojący? Czy mielibyśmy odwagę zmierzyć sami ze sobą, z własnymi myślami, z własnym umysłem? „Jeśli chcesz znaleźć spokój, musisz przestać myśleć. Nic nie robić. Cisza jest narzędziem pozwalającym oderwać się od świata zewnętrznego. Kiedy człowiekowi się to udaje, następuje to, co Abramović nazywa „lawiną mózgu”. Po odcięciu się od świata zmienia się ładunek elektryczny powietrza. Może to trwać długo lub jedynie ułamek sekundy. Czas się zatrzymuje”, podsumowuje Kagge.

Na koniec, kilka praktycznych porad, jak zabrać się do medytacji. Prawidłowa pozycja przy medytacji zazen, to pozycja lotos, gdy lewa stopa znajduje się na prawym udzie. Lotos jest preferowany z tego względu, że zaplecione nogi pozwalają utworzyć fizyczną jedność, co sprzyja jedności ciała i umysłu zgodnie z filozofią zen Suzuki. Oczywiście, pozycja ta jest na początku dość trudna do wykonania, dlatego można rozpocząć od pół lotosu (tylko jedna stopa wykręcona) lub od siadu skrzyżnego. Kręgosłup musi być wyprostowany, tak by uszy i barki tworzyły jedną linię. Nie wolno jednak napinać ani podciągać barków do góry. To kręgosłup wydłuża się ku górze, barki pozostają luźne. Staramy się sięgnąć czubkiem głowy do sufitu, jednak bez napinania ciała. Pomocne przy uzyskaniu prostej sylwetki jest napięcie mięśni przepony. Przepona oddziela jamę brzuszną od jamy klatki piersiowej i stanowi główny mięsień oddechowy (hara). Na początku taka pozycja może być dość wymagająca, jednak z czasem ciało się przyzwyczai i pozwoli odnaleźć w niej prawdziwe rozluźnienie umożliwiające głębokie, naturalne oddychanie będące podstawą medytacji.

Nie bez znaczenia jest również ułożenie dłoni (mudry). Lewa dłoń winna znajdować się na górze prawej dłoni, środkowe stawy palców środkowych stykać ze sobą, a kciuki pozostawać lekko złączone, tak jakbyśmy trzymali między nimi kartkę papieru. Dłonie powinny tworzyć owalny kształt i znajdować się na wysokości pępka, nieznacznie przyciśnięte do ciała. Ramiona pozostają luźne i swobodne, lekko oddalone od tułowia, tak jakbyśmy trzymali pod pachami jajka, których nie chcemy zgnieść.

zazen

 

I w końcu to, co chyba najważniejsze podczas medytacji, czyli oddech. Nasz umysł musi być idealnie zsynchronizowany z oddechem. To oddech prowadzi umysł, a nie na odwrót. Wyobraźmy sobie, że wdech i wydech działają niczym wahadłowe drzwi. Po prostu poruszają się to w przód, to w tył, nic więcej. Gdy umysł jest oczyszczony i spokojny może podążać za tym ruchem, bez dodatkowych myśli lub prób analizowania tego, co się dzieje. Jedyne na czym się skupiamy to wdech i wydech – w trakcie medytacji czas i przestrzeń przestają mieć znaczenie. Nie chodzi jednak o uczucie roztargnienia lub „odpływania”. Pozostajemy przez cały czas w pełni świadomi, jednak nasze skupienie jest ukierunkowane tylko i wyłącznie na oddech lub pewne uniwersum (rozumiane w buddyzmie jako prawdziwa natura Buddy). Taki rodzaj świadomości jest niezwykle ważny, ponieważ w codziennym życiu nasze postrzeganie rzeczywistości ma raczej charaktery dualistyczny. W trakcie medytacji chcemy porzucić taki sposób doświadczania świata i osiągnąć idealną harmonię. A to jest możliwe tylko wtedy, gdy nasz umysł nie będzie nękany przez stale przewijające się obrazy czy myśli. Na tym właśnie polega największa trudność zazen.

Nie możemy jednak skupiać się na usilnym powstrzymywaniu myśli, ponieważ w ten sposób nigdy nie uwolnimy umysłu. Pozwólmy myślom napływać, ale umożliwmy im również drogę odpływu. Kontrola polega w tym przypadku na tym, że nie dajemy myślom czy też pojawiającym się obrazom zdominować praktyki medytacyjnej. Oczywiście, na początku będzie to niezwykle trudne, być może wręcz niewykonalne. Dopiero z czasem nauczymy się odrzucać niepotrzebne myśli i obrazy, a naszą pełną koncentrację skierować na prawidłowy oddech. I wtedy odkryjemy sedno medytacji zen.

 

„W pozycji zazen, ciało i umysł mają ogromną moc, by przyjmować rzeczy takimi, jakimi one są, niezależnie od tego, czy są przyjemne, czy nie”.

 

Bibliografia:

 

  • Clive Erricker, Buddhism. An Introduction, Hachette India, Teach Yoursel, 2010
  • Erling Kagge, Cisza, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2017
  • Shunryu Suzuki, Zen Mind, Beginner’s Mind, Shambhala South Asia Editions 2012
  • http://www.buddyzm.info.pl/buddyzm/kim-byl-budda/

 

 

 

Podobne artykuły:

1 Response

  1. Rafał napisał(a):

    Medytacja to niełatwa sztuka 🙂 Wystarczy się położyć i nie myśleć o niczym.. wtedy dopiero okazuje się ile dziwnych myśli mamy w głowie. Uważam, że dobrze jest ciągle żyć w takim stanie medytacji – świadomości. Czyli być tu i teraz, wiedzieć dlaczego robimy to, a nie coś innego. Robić to świadomie. Bo dziś większość życia leci nam na tzw. automacie. Przykładowo.. myjemy naczynia, ale nas przy nich nie ma, my myślimy nie wiadomo o czym..

Dodaj komentarz