Czy jeździectwo jest wegańskie?

Niektóre dziewczynki marzą o księciu na białym rumaku, a niektóre marzą tylko o białym rumaku. Ja zawsze należałam do tej drugiej grupy. Zanim jeszcze pierwszy raz wsiadłam na konia, konie były bardzo obecne w mojej wyobraźni, snach i niemalże wszystkich dziecięcych zabawach. Marzyłam o jeździectwie, choć tak naprawdę nie wiedziałam co to jest. Pierwszy raz wsiadłam na konia kiedy miałam niespełna 10 lat. Było to w Parku Łazienkowskim. Stacjonował tam kary kucyk szetlandzki, na którym można było wykupić tzw. „oprowadzanie”. Polegało to na tym, że dziecko wsiadało na konia, a instruktorka prowadziła go kilka kółek trzymając za uwiąz, i w zasadzie na tym kończyła się cała atrakcja. Jednak nie dla mnie. Instruktorka od razu zauważyła, że jeździectwo bardzo mnie zafascynowało i byłam zdeterminowana, żeby naprawdę jeździć konno, a nie tylko siedzieć na koniu. W końcu codzienne oprowadzanie zamieniło się w mini lekcje jazdy konnej. Pamiętam, że udało mi się nawet parę razy zagalopować ku przerażeniu ludzi w parku. 

Niestety, po jakimś czasie kucyk wyprowadził się z Łazienek, a moje raczkujące jeździectwo stanęło w miejscu. Na szczęście tylko do czasu wakacji, kiedy to trafiłam do przydomowej kameralnej stajni prowadzonej przez prawdziwą pasjonatkę jeździectwa. Dziewczyna miała 18 lat, a jej pokój nie przypominał pokoju typowej nastolatki, ponieważ zamiast plakatów muzyków czy aktorów wszędzie wisiały plakaty koni. Pamiętam, że gdy tam weszłam, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Zrozumiałam, że fascynacja końmi może przybrać pewną formę obsesji, z którą prawdopodobnie albo się rodzisz albo nie. Nie wydało mi się to wtedy dziwne, raczej niesamowite i piękne. Niektórzy ludzie po prostu „tak mają”. Całe wakacje, niemalże dzień w dzień, uczyłam się jeździć konno. Nie był to żaden profesjonalny trening, raczej taka szkoła przetrwania. Ogólnie rzecz biorąc chodziło o to, żeby wsiąść na konia i nie spaść. Wiele rzeczy nauczyłam się sama, na zasadzie tzw. wyczucia, co pozwoliło mi później przetrwać w wielu trudnych sytuacjach, a także okazało się bardzo przydatne podczas jazdy sportowej. 

Byłam bardzo drobną dziewczynką, która wsiadała na dużego konia. Nogi nie wystawały mi spod tybinek siodła, a koń – Rybak (imię od tzw. rybiego oka) – prawdopodobnie nawet nie czuł, że ktokolwiek na nim siedzi. Nie miałam profesjonalnego ubioru typu bryczesy, buty czy kask. Jeździłam w spodniach dresowych, trampkach i z witką zerwaną w lesie służącą za bacik. Gdy teraz patrzę na dzieci poubierane w sprzęt wart kilkadziesiąt tysięcy złotych, często na koniach wartych drugie tyle albo i lepiej, to uśmiecham się wspominając własne początki. W każdym razie to nie miało wtedy najmniejszego znaczenia, liczyła się pasja i niewypowiedziana wręcz radość, jaką dawało obcowanie z końmi. Nie doznałam żadnych kontuzji (mimo wielu upadków), a jeździectwo coraz bardziej zaczęło stanowić sens mojego życia. Wkrótce wszystko inne przestało się liczyć. Jeździectwo to było coś, co pozwalało mi oddychać, poczuć, że naprawdę żyję. To nie było hobby, to była prawdziwa pasja zakrawająca o obsesję, którą tylko nieliczni są w stanie zrozumieć. Możesz nie jeść, nie spać, ale jeździć musisz. Nieważne, czy jest upał ponad 30C, czy mróz -30C, czy pada śnieg, grad czy deszcz. Nieważne, czy jesteś chora, zmęczona, czy trening zaczyna się rano czy późno wieczorem. Nie bez powodu mówi się, że „jeździectwo to choroba”. Ten, kto zachoruje, żyje w innym świecie. Rzadko chce się wyzdrowieć…

Potem było też wiele obozów jeździeckich. Mogę z czystym sumieniem przyznać, że dzięki koniom zwiedziłam całą Polskę, poznałam wielu mniej lub bardziej ciekawych ludzi i miałam okazję trenować w różnych, często naprawdę uznanych ośrodkach jeździeckich w kraju, jak Lewada Zakrzów czy Nowa Wioska. Obozy jeździeckie to trochę inna bajka. Podejrzewam, że teraz wygląda to zupełnie inaczej, ale kiedyś było trochę musztry, co mnie osobiście bardzo odpowiadało. Lubiłam wstawać rano i wschód słońca podziwiać już z końskiego grzbietu. Chciałam się uczyć, nawet jeśli ludzie prowadzący jazdy, niekoniecznie chcieli nauczyć… Dzieci z obozów były traktowane trochę jak zło konieczne, ale te bardziej zdeterminowane (jak ja) mogły naprawdę skorzystać i zdobyć wiele cennych doświadczeń. Czasem jeździło się bez siodła, bez strzemion, pracowało przy koniach i wyjeżdżało w takie tereny, gdzie adrenalina naprawdę sięgała zenitu. Widziałam wiele spektakularnych upadków i przeżyłam wiele śmiesznych sytuacji. Na przykład, na jednym obozie pani organizatorka pokłóciła się z właścicielem stajni, w której jeździliśmy, w związku z czym, w trakcie trwania obozu zostaliśmy przeniesieni do obozu wojskowego, gdzie mieliśmy mieszkać w prawdziwych wojskowych namiotach i jeść grochówkę dostarczaną przez okoliczną jednostkę. Do nowej stajni było kilka kilometrów, więc trzeba bało iść w grubych bryczesach, taszcząc na plecach buty jeździeckie, kask, itd. Nikt jednak nie narzekał, bo liczyły się tylko konie. 

No, właśnie – konie. Jeśli o nie chodzi, to gdyby mogły mówić, prawdopodobnie ich opowieści byłyby bardzo gorzkie. Te, które mają to nieszczęście pracować w tzw. szkółkach rekreacyjnych są zwykle bardzo przeciążone psychicznie i fizycznie. Niektóre w swojej bezsilności próbują jeźdźców zrzucać, inne godzą się ze swoim losem, co jest częstsze, bo stłamszenie psychiczne tych zwierząt sięga takich granic, że – z dwojga złego – lepszym wyborem staje się kiepski jeździec rekreacyjny niż, na przykład, bijący konia instruktor (często również kiepski jeździec), który później, po godzinach, „poprawia” rzekomo zauczone błędy. Konie rekreacyjne pracują niekiedy po kilka, a nawet kilkanaście godzin dziennie (sic!). I nie jest to dla nich lekka i przyjemna jazda, ponieważ tzw. jeźdźcy rekreacyjni to często naprawdę słabi jeźdźcy, którzy wywołują u konia duży dyskomfort. Wyobraźmy sobie, że musimy biegać z ciężkim, niewygodnym plecakiem, który stale obija nam plecy, przesuwa się na szyję i dodatkowo kopie po bokach albo bije batem. Co gorsze, wysiłek takich koni jest wprost nieproporcjonalny do warunków bytowych, jakie się tym zwierzętom zapewnia. Koń rekreacyjny ma za zadanie przynosić pieniądze. Jest traktowany bardzo przedmiotowo, niemalże jak maszyna. Boksy są sprzątane rzadko, w związku z czym zwierzęta stoją większość czasu na swoich odchodach, co powoduje różnego rodzaju problemy zdrowotne, typu gruda, zapalenie strzałek kopyt, itp. Konie dostają zwykle najtańszą paszę i nie zawsze mają możliwość korzystania z padoków. Wiele z nich pracuje z nieleczonymi kontuzjami, cierpiąc ogromny ból szyi, pleców, bioder czy nóg. Dopóki koń nie zakuleje do tego stopnia, że naprawdę nie będzie już w stanie w miarę równo chodzić, dalej pracuje pod siodłem. Leczenie weterynaryjne jest bowiem na tyle drogie, że szkółkom rekreacyjnym zwyczajnie nie opłaca się podejmować takich wydatków. Konie chodzą chore albo są sprzedawane po kosztach, na zasadzie „pozbycia się problemu”, co – niestety – stanowi również dość częstą praktykę w środowisku sportowym. 

Tak właśnie nabyłam swojego pierwszego konia, który został odratowany ze szkółki jeździeckiej. To było spełnienie marzeń i – bez trudu mogę przyznać – najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Posiadanie własnego konia to zupełnie inna bajka niż jazda na koniach szkółkowych. Zdobywa się całkowicie inne doświadczenia i nagle okazuje się, że to wszystko, co się dotychczas wiedziało, to tylko znikomy procent tego, co się wiedzieć powinno. Rozpoczęłam amatorski sport w dyscyplinie ujeżdżenia, która wydawała mi się kwintesencją jeździectwa. Taniec na koniu bliski był mojej estetyce i mojemu sercu. Do tego – elegancja, szyk, delikatność, niesamowite porozumienia jeźdźca i konia to było to, co chciałam osiągnąć i do czego dążyłam za wszelką cenę. Niestety, późniejsze doświadczenia mocno zweryfikowały ten wyidealizowany obraz. Nie chciałabym pisać o środowisku sportowym, o treningach sportowych, bo tak naprawdę tylko liznęłam tego świata i to, co zobaczyłam pozostawiło jednak pewne rozczarowanie, niesmak, i taki zwyczajny ludzki smutek. Agresja w stosunku do zwierząt i ludzi, hipokryzja, zawiść, nienawiść i brak uczciwości to tylko niektóre z zachowań, o których przekonałam się albo na własnej skórze albo pośrednio. 

Mówi się, że czasem największym błogosławieństwem jest gdy nie dostaniemy tego, o czym marzyliśmy. Moim największym marzeniem życia, od ponad dwudziestu lat, było ujeżdżenie. Niestety, od początku droga nie była łatwa. Większość czasu borykałam się z kontuzjami swoich koni, które w dużej mierze były skutkiem tego, iż w swojej naiwności, kupowałam konie już chore, których problemy nasilały się na skutek sportowego treningu. A trening sportowy, czy tego chcemy czy nie, jest intensywny i mocno obciążający zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Każdy sportowiec, niezależnie od dyscypliny, musi się liczyć z tym, że nie będzie łatwo, miło i przyjemnie. W zasadzie to przez większość czasu będzie nieprzyjemnie. Sport to ból i nieustanna walka ze sobą. To, co wygląda jako efekt końcowy wygląda pięknie, delikatnie i bezwysiłkowo jest często skutkiem przekraczania wielu granic. O ile w innych dyscyplinach sportu, walczymy tylko i wyłącznie z własnym umysłem i ciałem, o tyle w przypadku jeździectwa musimy walczyć również z ciałem i psychiką konia. I tu nasuwa się pytanie o etyczność takiego postępowania. Kto dał nam prawo do wykorzystywania koni w celu realizowania własnych ambicji sportowych? Osobiście nie wierzę, że istnieje możliwość sportowej jazdy bez pewnej dozy agresji, przemocy i przynajmniej próby zdominowania konia. Na pewno stopień nasilenia tych zachowań bywa różny w przypadku różnych jeźdźców, ale całkowite wyeliminowanie jakiejkolwiek fizycznej przemocy wobec zwierzęcia jest niemożliwe z prostego powodu – jeździectwo na tym właśnie się opiera (czy tego chcemy, czy nie). Koń musi zostać zdominowany przez człowieka, żeby wykonywał jego polecenia. W przypadku ujeżdżenia, precyzja i dokładność są tak istotne, że żaden jeździec nie może sobie pozwolić na najmniejsze nawet nieposłuszeństwo. Jedni dochodzą do tego w sposób bardziej humanitarny, inny w mniej, jednak – według mnie – jakaś forma przemocy będzie zawsze obecna. Sama również musiałam ją stosować i nie było mi z tym łatwo. W pewnym momencie musiałam dokonać wyboru – albo „humanitarna” jazda (co już samo w sobie jest pewnego rodzaju oksymoronem) albo sport. Na (nie)szczęście, kontuzja mojego konia, która trwale wyeliminowała go ze sportu, pozwoliła mi poniekąd rozwiązać ten dylemat.

Wracając jednak do pytania postawionego w tytule – czy jazda konna jest wegańska? Moja odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Wierzę bowiem, iż można tak jeździć konno, by nie sprawiać koniowi bólu, nie powodować u niego lęku czy dyskomfortu, a wszelkie niedogodności związane z faktem noszenia jeźdźca na grzbiecie ograniczyć do minimum. Jednak w tym celu potrzebne są przede wszystkim umiejętności i ciągła chęć samodoskonalenia się. Im lepszy jeździec, tym mniejsze niedogodności dla konia. Z pewnością można jeździć w sposób etyczny, z poszanowaniem zwierzęcia i uwzględnieniem jego potrzeb. Na przykład, istnieje ruch tzw. „naturalsów”, którzy jeżdżą bez ogłowia, siodła, bawią się ze swoimi końmi piłkami i próbują zrozumieć ich naturę. Jest to pewnie (?) przyjemniejsze dla konia niż jazda sportowa, ale według mnie, nie ma to zbyt wiele wspólnego z szeroko rozumianą naturą. Już sam fakt, że człowiek wsiada na konia jest bowiem nienaturalny. Bawienie się z nim piłką raczej też nie jest zbyt naturalne, podobnie jak trzymanie koni w stajni, zapewnianie im stałych godzin posiłków, wykonywanie zabiegów pielęgnacyjnych i wiele innych. To wszystko jest przekroczeniem pewnej granicy, naruszeniem nietykalności zwierzęcia, wykorzystaniem go do własnej przyjemności (nawet jeśli w dobrej wierze). W związku z tym, jeśli rozumiemy weganizm jako traktowanie zwierząt na równi z ludźmi, nadając im te same prawa do życia, decydowania o sobie i swobody, co ludziom, to należy stwierdzić, że jeździectwo (w każdej formie) nie jest wegańskie. Trudno bowiem uzyskać od konia świadomą zgodę na to, by założyć mu ogłowie z wędzidłem, siodło, wsiąść mu na grzbiet, zacząć jeździć i potencjalnie trenować określoną dyscyplinę. Gdyby konie mogły decydować, nie wiem, czy któryś z pełną świadomością zgodziłby się na taką przyszłość. 

Natomiast faktem jest, że jeździectwo nie zawsze wiąże się z brutalnym wykorzystywaniem zwierząt. Można jeździć w sposób prawidłowy, utrzymywać odpowiednią wagę ciała, zakupić dobry jakościowo sprzęt, paszę, przeznaczyć odpowiedni czas na regenerację i odpoczynek koni. Dzięki temu zwierzę ma zapewniony dobrobyt, a godzina dziennie pracy pod siodłem nie okaże się jakąś szczególną uciążliwością pod względem fizycznym czy psychicznym. Może być nawet interesująca, jeśli na przykład udamy się na wycieczkę w teren. Konie też cieszą się z nowych zadań, więc nawet skok przez przeszkodę czy elementy ujeżdżeniowe mogą być formą zabawy. Nie wspominając już o tym, że konie przywiązują się do ludzi, cieszą się, gdy ich widzą, przychodzą z padoku, żeby się przywitać. Relacja człowiek-koń naprawdę może być udana i satysfakcjonująca dla obu stron. Zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach człowiek stał się jednak częścią naturalnego środowiska konia. Konie rodzą się w boksach, w obecności ludzi. W takich warunkach dorastają, nie znają już innego życia. Obecność człowieka jest więc dla nich czymś oczywistym. W związku z tym, jeśli weganizm potraktujemy jako szacunek dla zwierząt, chęć stałego kontaktu z nimi, zapewnianie im opieki, to jeździectwo zdecydowanie może być wegańskie. Możemy zagwarantować zwierzęciu odpowiedni dom, pomoc, zabawę, a w zamian oczekiwać, że przewiezie nas na swoim grzbiecie, co naprawdę nie musi być trudne czy przykre. Wracając do mojego przykładu z plecakiem. Mając na plecach dobrze dopasowany, lekki plecak, możemy biegać nawet ultramaratony.

Leave a Reply