Dlaczego nie przebiegłam maratonu

facebooktwitterpinterest

311147_1860709487727_8208906_n 

Od mniej więcej 8-9 lat regularnie biegam przynajmniej raz w tygodniu w okresie roztrenowania, a w trakcie przygotowań do 4 razy w tygodniu. Mam na koncie kilka półmaratonów, z najlepszym czasem 1:52. I często słyszę pytanie „no, to kiedy maraton?”.

Maraton wydawał się być kolejnym, wręcz naturalnym wyborem. Skoro dobrze biega się połówki, warto sprawdzić się na królewskim dystansie. Stwierdziłam, że spróbuję, ale w miarę przygotowań „spróbuję” zamieniło się na „muszę”. Maraton stał się bowiem sprawą honoru – tyle osób we mnie wierzy, tyle osób mnie zachęca, no i tyle osób jakoś ten maraton pokonało, więc nie mogę być przecież gorsza. Naprawdę chciałam, więc w ramach mobilizacji wykupiłam pakiet startowy nie w Warszawie, a w Paryżu wierząc, że im więcej na to poświęcę (również finansowo), tym większa szansa, że pokonam te cholerne 42 kilometry i 195 metrów.

Niestety, czegoś zabrakło – a mianowicie wiary w to, że całe moje maratońskie przedsięwzięcia ma faktycznie sens. Po 25 km traciłam wszelką przyjemność z biegania, stawało się ono dla mnie czymś w rodzaju masochistycznego obowiązku i budziło coraz więcej frustracji. Gdzieś zgubiła się ta pierwotna motywacja, sportowe zacięcie i przede wszystkim przyjemność z biegania, która wcześniej stanowiła podstawową siłę napędową. Uznałam jednak, że skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B. Nie można w kółko biegać połówek, trzeba w końcu zmierzyć się z królewskim dystansem. No właśnie, czy na pewno „trzeba”?

W poszukiwaniu utraconej motywacji, zaczęłam się nad tym intensywnie zastanawiać. Chciałam odnaleźć to, co wcześniej dawało mi w bieganiu tzw. kopa. Odpowiedź okazała się zaskakująco prosta – była to po prostu przyjemność z takiej formy aktywności. W momencie, gdy przyjemność zastąpił ból fizyczny i psychiczny, zniknęła motywacja. Bieganie nie dawało już satysfakcji, za to coraz częściej wywoływało nasilające się zniechęcenie. Byłam zła na siebie, że nie mogę z uśmiechem na twarzy zwiększać dystansu, że wracam po długim wybieganiu cała obolała i zła, a nie jak dotychczas pełna energii. To wszystko dało mi do myślenia, czy naprawdę jest sens brnąć w przedsięwzięcie, które przestało już przynosić jakiekolwiek pozytywne emocje? A przecież o to chodzi w bieganiu – o endorfiny! 🙂

Natrafiłam na świetny artykuł w „Huffington Post” autorstwa Ricka Smitha o sztuce poddawania się. Faktycznie, w dzisiejszych czasach jesteśmy praktycznie od małego programowani na walkę, poddanie się w ogóle nie wchodzi w grę. Musimy ciągle podejmować nowe wyzwania, pokonywać własne słabości, wygrywać z samymi sobą. To oznacza „rozwój”, a rozwój – w przeciwieństwie do „tkwienia w miejscu” – jest przecież pożądany. Zaskakujące jest jednak to, że ta nieustająca walka nie daje nam wcale szczęścia, a w wielu przypadkach powoduje psychofizyczne wycieńczenie objawiające się na wiele sposobów.

Mistrzowie zen powiadają, że „kiedy pracujesz, tylko pracuj; kiedy odpoczywasz, tylko odpoczywaj; kiedy jesz, tylko jedz”. Chodzi o to, by skupić się na tym, co tu i teraz. Nie pędzić, nie planować, nie żyć przyszłością ani przeszłością ani robić dwudziestu rzeczy naraz, bo wtedy na żadnej z nich nie możemy się w pełni skupić. Nie jesteśmy w stanie celebrować posiłku, gdy jednocześnie gapimy się w telefon. Nie możemy spać, gdy nasz umysł zajmują myśli o obowiązkach dnia następnego. I tak dalej. Bycie „tu i teraz” to najwyższy stopień świadomości i najlepsza droga do osiągnięcia tego, czego tak bardzo nam brakuje – spokoju wewnętrznego i przejmującego poczucia spełnienia.

Czasem spełnienie przynosi porzucenie celu, który nie był dla nas. Czasem siłą nie jest brnięcie do źle obranego celu, ale właśnie poddanie się. Brzmi to jak herezja, ale kto spróbował, ten wie, ile satysfakcji może dać uwolnienie się od źle obranego celu. Czasem wierzymy, że to co daje radość innym, przyniesie radość również nam. Czasem też chcemy być jak inni ludzie, więc podążamy tą samą ścieżką, wierząc, że będzie ona równie dobra dla nas, jak dla nich. Zapominamy w tym wszystkim o sobie, za bardzo skupiając się na tym, jak nasze działania są odbieranie na zewnątrz, a nie co sami czujemy. Bo nasze odczucia mogą być „niepopularne”.

Wierzę, że gdybym pokonała maraton, nawet z kiepskim czasem, to wzbudziłabym podziw innych i sama ze sobą również czułabym się o wiele lepiej. Na pewno dałoby mi to mega zastrzyk wiary w siebie, we własne możliwości i przyniosło wiele satysfakcji i radości. Jednak wiem też, że te uczucia byłyby stosunkowo krótkotrwałe, bo „gonienie króliczka jest ciekawsze niż jego złapanie”. A skoro sam proces dochodzenia do tego celu przynosił tyle negatywnych emocji, to widocznie cel nie był tego wart, choć porzucenie go bynajmniej nie było łatwe.

Przede wszystkim, trzeba zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę daje nam szczęście i czego potrzebujemy, by czuć się wewnętrznie dobrze z samymi sobą. Potrzebujemy nowej wiedzy i doświadczeń, bo tylko w ten sposób poznajemy siebie, swoje potrzeby i dochodzimy do tego, co jest naszym prawdziwym powołaniem. Czasem trzeba podjąć milion nowych wyzwań i porzucić milion przedsięwzięć, by dowiedzieć się, co tak naprawdę jest nam pisane. Sztuką jest bowiem umiejętność odpuszczania, bez złości i poczucia przegranej walki.

A maraton może kiedyś przebiegnę, gdy naprawdę poczuję, że chcę to zrobić i że będzie to w 100% mój cel. 🙂

Źródło:

Podobne artykuły:

1 Response

  1. Alison93 napisał(a):

    Ja właśnie teraz mam zamiar przebiec swój pierwszy maraton PKO we Wrocławiu, jeśli dam radę już nic mnie nie powstrzyma 😉

Dodaj komentarz