Indie – w poszukiwaniu Zen

facebooktwitterpinterest

kropka na czole indie

Podróż do Indii była pod wieloma względami przełomowa, zwłaszcza, że zbiegła się z moimi 31 urodzinami. Nie ukrywam, że szukałam w tym kraju jakiejś odmienności, uduchowienia, pokoju, bezinteresowności i porzucenia banalnego konsumpcjonizmu oraz materializmu. Teraz wiem, że byłam niezwykle naiwna, a może wręcz infantylna w swoich oczekiwaniach. Indie to kraj naprawdę ubogi, pełen biednych i zdeterminowanych ludzi, którzy dla paru dolarów są w stanie zrobić wszystko. Nie może być tutaj mowy o jakimkolwiek konsumpcjonizmie, ponieważ nie ma nadwyżek towaru, nie ma przepychu, nie ma pieniędzy. Oczywiście, poza klasą wyższą, z którą przeciętna turystka, taka jak ja, raczej nie miała szansy się spotkać. Jest za to brud, smród i zatrważająca bieda. Są slumsy, gdzie ludzie siedzą na chodnikach wraz z odchodami zwierząt i nie tylko, a prysznic biorą przy ulicznym rynsztoku. Przejazd ulicą kończy się zmianą koloru skóry, gdyż całe ciało zostaje pokryte grubą warstwą kurzu. Smog w Delhi jest tak okropny, że autentycznie powoduje ból płuc. Momentami czułam się, jakbym siedziała w zamkniętym garażu przy samochodzie z pracującym non-stop silnikiem. Jeśli Piekło naprawdę istnieje to wierzę, że przypomina trochę Delhi…

delhi bazarDelhi

Zamiast Zen znalazłam więc namiastkę diabelskiego siedliska z ludźmi, którym daleko było do stereotypowego mnicha darzącego każdego miłością i pragnącego jedynie pokoju na świecie. Indyjscy hindusi traktowali białych turystów z lekką pogardą, trochę jak dojną krowę – niezbyt inteligentną, ale dającą pokarm. Z początku starałam się usprawiedliwiać takie zachowanie biedą i trudnymi warunkami życia. Jednak po pewnym czasie zaczęło mnie irytować oszukiwanie, naciąganie, nachalność, bezczelne gapienie się i wytykanie palcami. W końcu Kambodża również jest biednym krajem, pełnym ludzi z oderwanym przez miny lądowe kończynami, a jednak podejście było tam inne – mniej nachalne, skromniejsze, bardziej przyjacielskie. Oczywiście, opisuję tutaj swoje osobiste doświadczenia i wrażenia, jednocześnie mając świadomość tego, że inni mogli odebrać Indie w całkowicie odmienny sposób.

Przyznam, że czułam się w tym kraju poniekąd dyskryminowana ze względu na swoje pochodzenie, ale… to właśnie było najciekawszym doświadczeniem! Chcąc nie chcąc weszłam w skórę „innego” i zobaczyłam, jak to jest, gdy wyróżniasz się na ulicy, gdy ludzie przestają rozmawiać, gdy przechodzisz obok, gdy robią tobie zdjęcia telefonami komórkowymi, a matki pokazują cię dzieciom niczym bohatera cyrku osobliwości. Nie mogło być mowy o jakiejkolwiek empatii czy poszanowaniu prywatności, ponieważ takie pojęcia są w Indiach obce. Tutaj panują proste zasady i powiedziałbym – proste odruchy. Kultura znana nam na Zachodzie w Indiach praktycznie nie istnieje, co – owszem – może szokować. Nie byłam bowiem przyzwyczajona do tego, że dorosły mężczyzna może nagle wstać z krzesła w restauracji i podrapać się po genitaliach, poprawić majtki, a wychodząc głośno chrząknąć i napluć na ziemię bądź też ostentacyjnie beknąć. Oczywiście, to tylko nielicznie i łagodniejsze przykłady niektórych zachowań.

Z jednej strony biała skóra wzbudza w Indiach zachwyt i świadczy o rzekomo wyższych statusie, z drugiej w jakimś stopniu prowokuje. Niektórzy przechodnie zwracali mi uwagę, że powinnam nosić sari, a nie zwykły T-shirt i spodnie 3/4. Od razu zaznaczam, że sporo podróżuję, więc nie wpadłam na pomysł paradowania w mini i bluzce z dekoltem do pasa. Trochę jednak zdziwiło mnie takie publiczne pouczanie, ponieważ nawet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które są krajem muzułmańskim, nikt nie powiedział mi, że jestem niestosownie ubrana i że powinnam przywdziać hidżab i abaję jak reszta kobiet. Bardzo prawdopodobne, że chciano mi w ten sposób zaproponować zakup sari „w okazyjnej cenie”. Kilku kierowców rykszy proponowało bowiem wycieczkę do sklepu brata, szwagra, tudzież innego członka rodziny, który oferował świetne materiały i tradycyjne stroje, oczywiście absolutnie niezbędne podczas mojego pobytu w Indiach. Jednak jako że należę raczej do kategorii ludzi oszczędnych i dość praktycznie podchodzących do życia, uznałam, że szkoda pieniędzy na zakup sari, którego z dużą dozą prawdopodobieństwa pewnie nigdy później bym nie założyła.

Będąc w Indiach zaskoczyło mnie również ostentacyjne okazywanie niezadowolenia z wysokości dawanych napiwków. Nie oczekiwałam jakichś szczególnych wyrazów wdzięczności, ale zwykłego „dziękuję” i uśmiechu po zaoferowaniu pieniędzy. Niestety, zazwyczaj kończyło się to oburzeniem, że kwota jest zbyt niska. Podobne reakcje były nawet wśród mnichów oprowadzających po świątyniach, którzy pomimo że początkowo deklarowali, iż każda kwota jest potrzebna, ostatecznie wyrażali swoje zbulwersowanie, że daję „tak mało”. Widocznie nawet „łaska” ma swoją cenę i jeśli się w nią akurat nie trafi, wesoły i dobrotliwy mnich przeobraża się w zgryźliwego staruszka. Muszę przyznać, że odebrałam to jako kolejny przejaw dyskryminacji polegający na totalnie utopijnym założeniu, iż biały kolor skóry jest równoznaczny z byciem milionerem i do tego filantropem. Niestety, ani jedno ani drugie nie leży w mojej naturze. Bardzo chciałabym posiadać nieograniczone fundusze i móc rozdawać je potrzebującym, ale też nie jestem tak naprawdę pewna, ile to byłoby wystarczająco.

Zabrakło mi w Indiach pewnej duchowości i pozytywnej aury, której oczekiwałam po kraju, z którego pochodzą tak cudowne pomysły jak joga czy ajurweda. Nie oznacza to jednak, że zaliczam tę wyprawę do nieudanych. Każda podróż jest kształcąca i w każdym miejscu jest coś ciekawego do zobaczenia i doświadczenia. A w Indiach w szczególności. Czy można bowiem zapomnieć widok zwłok dryfujących po świętej rzece Ganges zaraz obok kąpiących się dzieci i kobiet robiących pranie? Albo ceremonie pogrzebowe wyglądające jak przedstawienie teatru absurdu? Albo krowy dumnie przechadzające się po ulicach, niekiedy całkowicie paraliżując i tak już mocno chaotyczny ruch drogowy? Albo dzikie plaże na Goa przywodzące na myśl sceny z mojego ukochanego filmu „Błękitna Laguna”?

varanasiŚwięta rzeka Ganges, Waranasi – jej smród przypominał ścieki, a mimo to ludzie wierzą w jej uzdrawiającą moc

Indie niewątpliwie hartują i zmieniają perspektywę. Mówi się, że ten kraj można albo absolutnie pokochać albo całkowicie znienawidzić. Ja jestem chyba gdzieś po środku, ponieważ czuję, że do Indii jeszcze wrócę… Natomiast Zen można tak naprawdę odnaleźć wszędzie, ponieważ ten idealny stan umysłu to coś, co może osiągnąć każdy, kto będzie wystarczająco cierpliwy. Niezależnie od miejsca, w jakim się przebywa.

Zen oznacza czysty,  samowystarczalny stan umysłu. Nie chodzi tutaj o jakąkolwiek formę zamknięcia czy też odgrodzenia się od świata, raczej o pewną pustkę, która sprawia, że nasza psychika jest gotowa wszystko wchłonąć. Umysł pusty to umysł gotowy – „umysł początkującego”, który ma przed sobą wiele możliwości, w przeciwieństwie do umysłu eksperta, który jest ograniczany różnymi poglądami i doktrynami. Tylko początkujący może tak naprawdę czegoś się nauczyć.

Zazen najlepiej praktykować w pozycji lotosu, gdy lewa stopa jest na prawym udzie, a prawa stopa na lewym. Pozycja ta określa jedność dualności, jak ciało i umysł, które są zarówno jednością, jak i wielością. Kręgosłup musi być prosty, a uszy i barki znajdować się w jednej linii. Z kolei głowa powinna być jak najbardziej wyciągnięta do góry, z podbródkiem cofniętym lekko do tyłu. Oddychanie odbywa się za pomocą przepony, co pozwala osiągnąć psychiczną i fizyczną równowagę. Należy wyobrażać sobie, że nasz układ oddechowy to drzwi wahadłowe, które bujają się to w jedną, to w drugą stronę, popychane przepływającym przez ciało powietrzem. Podczas praktyki Zen nie istnieje nic oprócz oddechu. Nie ma czasu ani przestrzeni.

Aby osiągnąć idealny spokój, należy oczyścić umysł z wszelkich obrazów, które się w nim tłoczą. Oczywiście, nie jest to proste, ale na tym właśnie polega sens Zen. Jak wiadomo usilne staranie się „niemyślenia” o czymś odnosi wprost przeciwny skutek, dlatego celem nie jest powstrzymywanie biegu myśli, ale osiągnięcie stanu, gdy ów bieg zatrzyma się samoistnie. Mistrzowie Zazen podkreślają, że praktyka nie ma niczemu służyć, a jedynie podkreślać naszą prawdziwą naturę. To tak jak z obrazami, które przewijają się przed naszymi oczami podczas podróży pociągiem. Mimo iż stale się zmieniają, tor pociągu pozostaje niezmienny. Nie ma początku ani końca. Tak tu, w praktyce Zazen, brak jakiegokolwiek celu do osiągnięcia. To ów tor pociągu staje się celem samym w sobie. Jednak gdy będziemy za bardzo patrzeć na tor, poczujemy mdłości, dlatego lepiej podziwiać obrazy przesuwające się za oknem.

plaża na goaPlaża na Goa, niezapomniane miejsce

Źródło:

  • Zen Mind, Beginner’s Mind. Informal talks on Zen meditation and practice” Shunryu Suzuki (Shambhala South Asia Editions, 2012)

Podobne artykuły:

Dodaj komentarz