kroWARZYWA

facebooktwitterpinterest

Krowarzywa
Ul. Hoża 42
Warszawa
https://www.facebook.com/Krowarzywa

Pierwszy „burger” pojawił się na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych za sprawą duńskiego emigranta, Louisa Lassena. Wkrótce stał się na tyle popularną potrawą, że całkowicie zdominował rynek amerykański i w niedługim czasie rozprzestrzenił się także w całej Europie, głównie dzięki takim sieciom fast foodów jak McDonald’s czy Burger King. Mimo iż oryginalny burger to kotlet z mięsa wołowego, obecnie wykonuje się go również z wieprzowiny, drobiu, ryb, a nawet w wersji wegetariańskiej czy wegańskiej.

Na początku lat 90., gdy w Polsce otworzono pierwsze restauracje McDonald’s, amerykański burger skutecznie wyparł naszą rodzimą zapiekankę, a niedzielna wyprawa do „Maca” stała się cotygodniowym rytuałem wielu polskich rodzin. Jednak po około 10-15 latach królowania nadszedł czas upadku. Burger King zbankrutował, a McDonald’s o dawnych latach świetności mógł jedynie pomarzyć. Miało to związek z coraz większą ofertą gastronomiczną w naszym kraju oraz niezbyt pozytywnymi doniesieniami z Zachodu o szkodliwości fast foodu. Sieciówki zaczęły być oskarżane o szerzenie niewłaściwych nawyków żywieniowych wśród dzieci, przyczynianie się do epidemii otyłości, a nawet trucia swoich klientów stosując sztuczne środki konserwujące i przygotowując mięso z odpadów, wśród których można było m.in. natrafić na kawałki kopyt czy ogonów. Zniechęcenie było zatem oczywiste. Polacy w obawie przed gigantycznymi rozmiarami, jakie osiągali wówczas Amerykanie, zaczęli zastępować hamburgery i frytki coraz modniejszym sushi lub kebabem, który z dość niezrozumiałych przyczyn jawił się jako ta „zdrowsza opcja”.

Dopiero niedawno, bo raptem kilka lat temu, burger zaczął przeżywać swoje odrodzenie. Jak grzyby po deszczu otwierały się w Warszawie kolejne hipsterskie bary serwujące to kultowe danie.  Jednak nie był to już prosty burger w postaci kotleta, liścia sałaty i ketchupu zgniecionego białą bułką. Współczesne burgery zaczęły konkurować między sobą w zakresie oryginalności składników. Im więcej dziwniejszych i mniej znanych składników, tym lepiej. Były oryginalne burgery amerykańskie, burgery rzekomo zdrowe i nietuczące, a także burgery prostu z ulicznej budy, choć dalej ładnie i modnie wyglądające, bo teraz nawet taka uliczna buda okazuje się być „trendy”. Nic więc dziwnego, że również świat wegetariański uległ modzie na bułkę z kotletem, oczywiście bezmięsnym.

Przyznam się, że moda na burgery trochę mnie śmieszyła, podobnie jak szał na sushi sprzed kilku lat. Myślę, że nie przesadzę pisząc iż obecnie jest w Warszawie więcej restauracji i barów sushi niż w samym Tokio, gdzie miałam okazję być na początku tego miesiąca. Być może wkrótce pokonamy pod względem ilości burger barów USA, choć tutaj konkurencja jest wyjątkowo silna, ale kto wie…

Do „Krowarzywy” poszłam więc z dość mieszanymi uczuciami, nie spodziewając się niczego nadzwyczajnego. Niemniej perspektywa 100% wegańskiego burgera wydała mi się na tyle kusząca i intrygująca, że postanowiłam przekonać się o tej nowej modzie na własnej skórze. Nieduży bar, usytuowany praktycznie w samym centrum miasta, jest urządzony dość ascetycznie, ale ze smakiem. Zdecydowanie sprawdza się tutaj złota zasada, że „im mniej tym lepiej”. Dominują tutaj krowia biel i czerń, co rozjaśnia wnętrze i optycznie je powiększa. Generalnie powierzchnia jest bardzo mała, ale na tyle dobrze zorganizowana, że raczej nikomu to nie przeszkadza, a wręcz może być uznane za zaletę miejsca, które staje się przez to bardziej przytulne i „swojskie”.

Niestety, brak tradycyjnej karty dań, gdyż „menu” występuje jedynie w formie napisów na czarnej tablicy. Trudno na ich podstawie wydedukować, z czego składa się dany burger. Mimo iż doceniam fantazyjność nazw, np. jaglanex czy tofex, pytanie o każdą kanapkę po kolei bywa dość męczące (przynajmniej dla mnie). Oprócz burgerów, mamy również „smufis” (smoothie), soki i desery. Ceny bardzo przystępne, najdroższe danie nie przekracza bodajże 20 zł. Dużym plusem jest również szybka obsługa. Burgery podawane są szybko, w firmowym opakowaniu, świeże i pachnące. Jednak nic nie przebije ich smaku, który – przyznaję – powala na kolana. Obawiałam się, że dostanę czerstwą, „podrabianą” pełnoziarnistą bułę, z niezbyt dobrym kotletem wegetariańskim, jakie czasem można kupić w sklepach (tzw. gotowe danie wege). Na szczęście, nic z tych rzeczy. Bułka była ogromna, pełna różnych ziaren, zdecydowanie świeża i chrupiąca. Podobnie warzywa i rodzaj samego burgera. Dodatkowo ostry sos pomidorowy naprawdę okazał się ostry i idealnie współgrał z całą kanapką. Smoothie ze spiruliną i innymi owocami – bardzo dobrze zmielone i doprawione. Naprawdę pyszne! A na koniec wuzetka wegańska, która pod żadnym względem nie odstępowała smakiem tradycyjnemu ciastkowi. Podejrzewam nawet, że mięsożerni amatorzy słodkości zapewne nie rozpoznaliby, iż wuzetka z „Krowarzywy” była w 100% roślinna.

Moja ocena jest zdecydowanie pozytywna. Jedzenie świeże, zdrowe i naprawdę na najwyższym poziomie. Do tego przystępne cenowo, szybko i elegancko podane. Zapewniam, że burgerem krowarzywnym można najeść się aż zanadto (to do wszystkich mięsożernych sceptyków, którym wydaje się, że tylko mięso potrafi sycić). Jedyny minus oprócz braku menu, to…zimno. Odniosłam wrażenie, że lokal jest nieogrzewany albo bardzo mało ogrzewany. Nie wiem, czy jest to normalna praktyka, czy po prostu trafiłam na taki dzień. W każdym razie trochę ciepełka zimą nie zaszkodziłoby…;-)

Podobne artykuły:

Dodaj komentarz