Kto jest „true”?

facebooktwitterpinterest

PH2007073101277

Ostatnimi czasy diety roślinne stały się niezwykle modne. Głównym powodem jest, oczywiście, chęć schudnięcia i zachowania młodego wyglądu aniżeli względy etyczne, jak to miało miejsce w przeszłości. Anne Hathaway i Bill Clinton kilka lat temu rozpropagowali weganizm, rozpływając się nad niezliczonymi zaletami takiej diety. Jednak ostatnio media obiegła sensacyjna wiadomość, że obydwoje zrezygnowali z żywienia w stu procentach roślinnego na rzecz modnej diety paleo. Wywołało to ogromne oburzenie środowiska wegańskiego, choć tak naprawdę nie bardzo rozumiem dlaczego. W końcu każdy z nas ma prawo do zmiany zdania i podejmowania nowych, nawet diametralnie różnych decyzji. Dobrym przykładem są zagorzali ateiści, którzy z różnych powodów nagle stają się osobami głęboko wierzącymi, i vice versa. Takie przemiany naprawdę się zdarzają. Nie musimy  ich rozumieć ani popierać, wystarczy, że wykażemy się odpowiednim poziomem tolerancji akceptując prawo każdego człowieka do podejmowania wyborów życiowych zgodnie z własnym sumieniem. Zwłaszcza jeśli zmiana ta jest uczciwie i otwarcie przyznana.

To, że ktoś kiedyś nie jadł produktów odzwierzęcych, a potem zaczął to robić bynajmniej nie oznacza, że wcześniej był pozerem. Wręcz przeciwnie, te wszystkie lata weganizmu mogły być niesłychanie ważne i szczere, ale tak już jesteśmy skonstruowani, że czasem pod wpływem różnych zdarzeń, spotkań z ludźmi lub po prostu własnych przemyśleń dochodzimy do nowych, być może lepszych dla nas wniosków. W ten sam sposób mięsożerca może zostać weganinem i z pewnością większość z nas ma właśnie taką przeszłość. Poza nielicznymi przypadkami ludzi wychowywanych w rodzinach 100% wegańskich, każdy z nas jadł kiedyś mięso i nie zawsze odżywiał się zdrowo. Kilkanaście lat temu przeszłam na wegetarianizm, a właściwie semi-wegetarinizm, którego dzisiaj nie akceptuję pod względem nazwy. Nie chciałam jeść mięsa przede wszystkim ze względów etycznych, poza tym przestawało mi powoli smakować, a momentami wzbudzało wręcz obrzydzenie. Do tej pory pamiętam żylasty kawałek mięsa, który ledwo udało mi się przełknąć i który poniekąd skłonił mnie do podjęcia decyzji o zmianie swojej diety. Potem były filmiki PETy, coraz częstsze czytanie publikacji w tym temacie i ostatecznie zaskakujące odkrycie, że wcale nie tęsknię za mięsem.

Dlaczego więc pozostałam przy rybach? Cóż, zapewne wielu semi-wegetarian przedstawiłoby podobne powody. Przede wszystkim, wierzyłam, a wręcz miałam zakodowane w głowie, że jedynym źródłem wartościowego białka jest mięso. Bałam się, że jego całkowite wyeliminowanie negatywnie odbije się na moim zdrowiu. W sumie obawy dość uzasadnione, biorąc pod uwagę ogólnoświatową mięsną propagandę. Rodzimy się z przekonaniem, że bez mięsa nasze zdrowie jest poważnie zagrożone, a nikt przecież nie będzie ryzykował zdrowiem własnym lub zdrowiem dzieci. Skoro cały świat, łącznie z tzw. autorytetami ds. żywienia trąbi o tym, że mięso to podstawowy składnik w diecie, trudno z tym polemizować. Dopiero niedawno zaczęliśmy jako społeczeństwo rozumieć, jak wielką moc ma siła marketingu. Wielkie koncerny sponsorują nie tylko reklamy w telewizji czy gazetach, ale przede wszystkim badania naukowe, których cel jest jeden – udowodnić z góry postawioną tezę. Naukowcy szukają więc sposobów, by sprostać temu zadaniu i zazwyczaj im się to udaje. Podobnie jak w przeszłości udało im się udowodnić, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn i nie nadają się do zajmowania naukami ścisłymi.

Nie dziwi zatem fakt, że trudno całkowicie pozbyć się mięsa. Od małego jesteśmy bowiem poddawani specyficznemu „praniu mózgu”, z czego nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę. Ryby wydają się być więc tzw. mniejszym złem. W końcu stoją na niższym szczeblu rozwoju niż ssaki, nie mają głosu, to też można je poświęcić w imię „zdrowej” diety. Sama przez kilka lat starałam się przekonać siebie co do słuszności takiego poglądu, jednak dysonans był aż nadto słyszalny. Nie chciałam być „trochę” wegetarianką, chciałam być prawdziwa w tym, co robię. Chciałam czuć, że moje postępowanie nie jest oparte na wątłej argumentacji zahaczającej o hipokryzję, ale na solidnych i logicznych podstawach, tak bym po prostu czuła się dobrze sama ze sobą. Nie interesowało mnie bowiem to, co myślą inni ludzie, ponieważ dla nich sam fakt wyeliminowania drobiu i czerwonego mięsa był już wystarczająco kontrowersyjny. Zostanie przy rybach budziło zrozumienie, czasami nawet współczucie. Długo po przejściu na wegetarianizm słyszałam pytania okraszone nutką niedowierzania, czy ryb też nie jem. Spokojnie tłumaczyłam, że wegetarianizm oznacza niejedzenie mięsa, a ryby to jednak mięso. Inny rodzaj niż kurczak czy wołowina, no ale do rośliny rybom jednak daleko.

Obecnie nie przemawia do mnie koncepcja semi-, pesco- czy ichtiwegetarinizmu, i uważam, że nazwy te są bardzo mylące, ponieważ odbierają rybom prawo do bycia tym, czym de facto są – żyjącymi zwierzętami. A zwierzę to bardzo ogólna kategoria, która obejmuje nie tylko ssaki, ale również ptaki, ryby, płazy i gady. Do tej kategorii, a dokładniej królestwa zalicza się również człowiek. Spożywanie ryb to spożywanie mięsa i nie można tego interpretować inaczej, chcąc jednocześnie zachować pewną logikę rozumowania i być w zgodzie z wiedzą biologiczną. Wegetarianie nie jedzą zatem mięsa, dopuszczają natomiast w swojej diecie produkty odzwierzęce, takie jak nabiał, miód, itp.  Niektórzy jedzą nabiał, ale bez jaj, inni tylko jaja, ale bez nabiału, itd. – każde podejście zyskało sobie osobną nazwę, które z mojej perspektywy zdaje się być jedynie niepotrzebną kategoryzacją. Uważam, że ogólna definicja wegetarianizmu jest na tyle jasna i obszerna, że zgłębianie rodzaju spożywanego nabiału nie ma tu już większego znaczenia.

Pozostaje jednak pytanie, czy semi-wegetarianizm jest w jakimś sensie lepszy od diety opartej na mięsie. Poniekąd uważam, że każdy krok zmierzający ku wyeliminowania mięsa z codziennego jadłospisu i wprowadzeniu większej ilości warzyw i owoców jest krokiem w dobrą stronę. Jednak problemem jest tutaj nieunormowana nomenklatura. Nie miałabym najmniejszego problemu z ludźmi, którzy jedzą z mięs tylko ryby i traktują to jako etap przejściowy bądź nie, ale jednocześnie nie nazywają się wegetarianami ani w żaden sposób do tej nazwy nie nawiązują. Czy jeśli będę jadła tylko kurczaka to też będę semi-wegetarianką? W jakim sensie kurczak ma być bardziej „mięsny” od ryby? To samo można powiedzieć o weganizmie. Czy weganin jedzący tylko jaja to weganin, semi-weganin czy w ogóle nie weganin? Moim zdaniem odpowiedź jest jasna. Jednak ilość osób, które pozostają przy jajach i nazywają się weganami, podobnie jak ci, którzy pozostają przy rybach i nazywają się wegetarianami (albo co gorsze, twierdzą, że „nie jedzą mięsa”) jest ogromna. I tu znowu problemem nie jest sama dieta, ale nieodpowiednie, mylące nazewnictwo, a po części także chęć samousprawiedliwienia się i „dołączenia” do lepszej, zdrowszej diety, choćby tylko w nazwie.

Dlaczego więc nie można być po prostu wegetarianinem, weganinem lub jeść w 100% zdrowo? Bo wydaje nam się, że to niewykonalne. Nie wierzymy, że da się całkowicie wyeliminować z diety mięso, nabiał i sztuczne, wysoko przetworzone produkty. Nie mamy do siebie na tyle zaufania, by uwierzyć, że będziemy w stanie normalnie funkcjonować bez mięsa czy fast foodu. Obawiamy się też, co powie rodzina, znajomi, przyjaciele. Dlatego wymyślamy półśrodki i zadowalamy się częściowym sukcesem. Jednak wszelkie te ograniczenia tkwią tak naprawdę w naszym umyśle. Nie musimy być wege, nie musimy jeść 100% zdrowo, jeśli tego nie czujemy. Zastanówmy się zatem, czego tak naprawdę chcemy i co jest dla nas najlepsze. Niewykluczone, że dla niektórych pełnią szczęścia będzie jedzenie fast foodu i brak ćwiczeń. Czemu nie? „True” jest ten, kto umie uczciwie i otwarcie przyznać, że wcale nie chce biegać jak co drugi Polak (lepiej bądź gorzej, ale jednak) i jeść zdrowo niż ktoś, kto po kryjomu wymyka się na hamburgera, jednocześnie wszem i wobec trąbiąc o swoim „zdrowym stylu życia”.

Zresztą ten hamburger to już nie jest śmieciowe jedzenie, ale „cheat meal” zalecany przez wielu trenerów. Skąd się wziął? A no stąd, że kulturyści przestrzegający BARDZO restrykcyjnej diety potrzebowali raz na jakiś czas dietetycznego wytchnienia, tak więc wymyślili sobie kontrolowane oszustwo. Problem w tym, że obecnie niektórzy nie jedzą już „cheat meali”, ale „cheat daye”, „cheat monthy”, a w skrajnych przypadkach nawet „cheat yeary”. Nie wspominając już o braku jakiejkolwiek diety między tymi kłamstewkami. Dla wielu dietą jest zjedzenie dodatkowej marchewki, bo wcześniej warzyw nie jadło się wcale albo nie zjedzenie kiełbasy na śniadanie albo ograniczenie wypadów do McDonald’sa raz na tydzień czy raz na miesiąc. Wszystko ok, ale po co siebie oszukiwać? Zamiast jeść „cheat meala”, wystarczy po prostu przyznać, że się miało ochotę na ciastko i się je zjadło. Bez poczucia winy i wyrzutów sumienia, bez zbędnej ideologii i śmiesznej terminologii. Tak naprawdę nie chodzi o to, co pomyślą inni, ale o to to co sami robimy swojemu ciału. Nawet jeśli inni uwierzą, że jemy super zdrowo, a ten Big Mac to tylko przemyślany i z góry zaplanowany „cheat meal”, to swojego organizmu nie oszukamy. I o to generalnie chodzi – by być uczciwym przede wszystkim wobec siebie samego. Jak to pisał Victor Hugo w „Nędznikach” – „Mądry jest ten, kto w stosownej chwili potrafi sam ująć się w ryzy”. 😉

Podobne artykuły:

Dodaj komentarz