“Skąd bierzesz białko?” czyli dyskusje z nieweganami

Bardzo mało ludzi umie myśleć, ale jakiś pogląd chce mieć każdy. I cóż pozostaje innego, jak przejąć gotowy pogląd od innych, zamiast wypracować go samemu?Arthur Schopenhauer (z książki „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów”)

Niestety, tak już jest, że chętniej przyjmujemy poglądy ogółu aniżeli tworzymy własne. Czasem jednak warto zakwestionować tzw. święte prawdy i zastanowić się, ile jest w nich… prawdy. Zapewne wszyscy weganie znają sławne dowcipy krążące po Internecie o tym, jak to wszyscy zamieniają się w ekspertów ds. żywienia w chwili, gdy dowiadują się, że ktoś przeszedł na dietę wegańską. Nikt nie ma problemu z tym, że ktoś je wysoko przetworzone jedzenie typu fast food, pije alkohol czy pali papierosy. To jest w jakimś dziwnym sensie bardziej akceptowalne i zrozumiałe niż to, że można wykluczyć ze swojej diety wszystkie produkty pochodzenia zwierzęcego.

Niestety, ale będąc weganinem lub weganką z góry skazujemy się na konieczność prowadzenia różnego rodzaju dyskusji dotyczących naszego sposobu odżywiania się. I o ile trafi się nam inteligentny rozmówca, faktycznie zainteresowany naszą dietą i związanym z nim stylem życie, rozmowa może być naprawdę przyjemna i rozwijająca dla obu stron. Jednak, niestety, w większości przypadków musimy stawiać czoła ludziom, którzy tak naprawdę mają już z góry postawioną tezę, której za żadne skarby nie są w stanie ruszyć nawet najsensowniejsze argumenty prowegańskie. Takie osoby z reguły „dyskutują” jedynie po to, by utwierdzić się we własnej słuszności, poczuć lepiej (niekiedy uspokoić własne sumienie), a w skrajnych przypadkach – upokorzyć drugą stronę. Załóżmy jednak, że mamy do czynienia z tą pierwszą kategorią rozmówców, którzy rzeczywiście chcą się czegoś dowiedzieć i podjęli konwersację w słusznym celu. Poniżej przedstawiam listę najczęściej poruszanych zagadnień i tzw. „argumentów” przeciwko weganizmowi. Mam nadzieję, że pomoże ona Wam lepiej odbierać „zarzuty” i skuteczniej promować weganizm wśród rodziny, znajomych i wszystkich osób, z którymi przyjdzie Wam rozmawiać na ten temat. Zapraszam do lektury!

  1. Dieta wegańska jest niezdrowa, ponieważ powoduje niedobory. Zacznijmy od tego, że hasło „niedobory” jest zbyt ogólne i tak naprawdę nie wiadomo do czego się odnosi. Czy chodzi o niedobór witamin i minerałów czy np. białka tudzież innych makroskładników? Skupmy się zatem na tej pierwszej kategorii niedoborów. Trudno w diecie opartej na produktach roślinnych, tj. warzywach i owocach, spodziewać się niedoborów witamin. W końcu to właśnie te produkty są zalecane przez lekarzy i wszelkich specjalistów ds. żywienia w celu uzupełnienia niedoborów. Dzienna porcja warzyw i minerałów zapewnia wszelkie potrzebne do prawidłowego funkcjonowania witaminy. Inna sprawa, że awitaminoza (tj. niedobór witamin) występuje tak naprawdę dość rzadko i trzeba się bardzo postarać, by do takiego stanu się doprowadzić. Na niedobór witamin cierpią zazwyczaj te osoby, które stale odżywiają się wysoko przetworzonym, sztucznym pożywieniem. Do tej grupy zalicza się, oczywiście, wszelkiego rodzaju fast foody i tzw. gotowe posiłki, które z prawdziwym jedzeniem mają niewiele wspólnego. Tak więc, jeśli ktoś opiera swoją dietę na mrożonych frytkach, zupkach z torebki i okazjonalnym burgerze z przydrożnej budki, to faktycznie naraża się na ryzyko niedoboru witamin. Nie jest to jednak przypadek wegan, którzy swój sposób żywienia bazują na świeżych warzywach i owocach, tj. najlepszym i najnaturalniejszym źródle witamin i minerałów. Warto w tym miejscu wspomnieć o dziennym zapotrzebowaniu na te grupy związków organicznych. Wbrew temu, co możemy dowiedzieć się z mediów (a zwłaszcza reklam producentów suplementów), nasze dzienne zapotrzebowanie na poszczególne witaminy wcale nie jest takie duże. Przykładowo, dla kobiety w moim wieku (tj. powyżej 30 lat) dzienne zapotrzebowanie na witaminę A to 23,000 IU, czyli jakieś dwie marchewki, na witaminę D – 600 IU, co daje nam porządną porcję grzybów i 15 minut na słońcu, na witaminę B12 – 2,4 IU (tutaj, niestety, zachodzi konieczność suplementacji; więcej o wit. B12 przeczytasz tu), itd. Warto też zauważyć, że problemy z niedoborami witamin i minerałów mają zazwyczaj osoby wszystkożerne, które spożywają bardzo niewiele warzyw i owoców i generalnie nie dbają o swój stan zdrowia. Weganie czy wegetarianie to w większości przypadków osoby świadome, posiadające przynajmniej podstawową wiedzę z zakresu żywienia. Nie jedzą byle jakich produktów, starają się odpowiednio bilansować swoją dietę. Jakoś tak dziwnie się składa, że obawy o niedoborach mają często te osoby, które nie za bardzo przestrzegają tego, co same jedzą.
  2. „A skąd bierzesz białko?” Zastanówmy się teraz nad niedoborem białka. Przypadłość ta jest równie rzadka jak awitaminoza i na pewno nie występuje tak często, jakby się tego obawiali trenerzy personalni na siłowniach tudzież producenci odżywek białkowych. W ostatnich latach, wraz z rosnącą modą na sporty sylwetkowe, zwiększyło się też „zapotrzebowanie na białko”. Zaczęliśmy wierzyć, że ów makroskładnik jest zdecydowanie najważniejszy do prawidłowego funkcjonowania organizmu i pięknego, wysportowanego ciała. Wystarczy szejk białkowy przed i po treningu, a często również zamiast treningu, i na pewno rozwinie się nam imponujący sześciopak na brzuchu. Niestety, nie jest to takie proste, a białko to na pewno nie jest złoty środek. Obecnie, większym problemem jest nadmiar białka niż jego niedobór. Dla osoby nieaktywnej fizycznie wystarczy niecały 1 g białka na kg masy ciała (!), natomiast dla osoby regularnie uprawiającej sport maks. 2-2.5 g/kg. Wykluczam z tego zestawienia zawodowych kulturystów, których dieta i gabaryty ciała znacząco odbiegają od ogólno przyjętych standardów. Przeciętny człowiek nie je i nie trenuje jak kulturysta, nie stosuje również wspomagania farmakologicznego, w związku z czym porównywanie się do gwiazd instagrama nie do końca jest uzasadnione. Natomiast warto pamiętać, że nadmiar białka może mieć poważne konsekwencje dla zdrowia. Jednym ze skutków ubocznych jest kwasica – choroba, przy której pH krwi spada poniżej normy i prowadzi do zaburzenia równowagi kwasowo-zasadowej. Nie wdając się w medyczne szczegóły, wystarczy zaznaczyć, że kwasica może ostatecznie skutkować cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym, poważnym uszkodzeniem nerek i układu odpornościowego. Choroba powoduje także utratę wapnia i fosforanu co sprawia, że nasze kości stają się dużo słabsze.
    Poza tym, warto dodać oczywistą oczywistość. Mięso nie jest jedynym źródłem białka! Rośliny również je posiadają i to w ilościach, które są w stanie bez problemu zaspokoić dzienne zapotrzebowanie człowieka na ten składnik. Nie radzę również wierzyć w mity o rzekomym braku przyswajalności białka roślinnego. Zgodnie ze wskaźnikiem strawności aminokwasów białek (PDCAAS), białko roślinne jest przyswajalne na poziomie 50-90%. Przyswajalność białka z soi to 91% (tyle co mięso z kurczaka), komosy ryżowej – 86%, fasoli – 75%. Wszystkie rośliny zawierają także odpowiedni profil aminokwasów, choć w różnych proporcjach. Wystarczy odpowiednio łączyć ze sobą różne rośliny, by dostarczyć organizmowi wszelkich niezbędnych aminokwasów. Najlepszym źródłem białka roślinnego jest, oczywiście, soja i produkty na niej oparte. Mimo, iż soja zyskała sobie czarny PR ze względu na wysoką zawartość fitoestrogenów, które miały rzekomo ingerować w układ hormonalny człowieka, nigdy nie pojawiły się badania jednoznacznie potwierdzające tę hipotezę. Na podstawie tych przeprowadzonych wynika, iż ewentualne ryzyko mogłoby zachodzić przy nienaturalnie wysokim spożyciu produktów sojowych, tj. 4-5 kg dziennie (!), co, umówmy się, jest dość mało prawdopodobne nawet w przypadku największych obżartuchów. Problematyczna może być soja modyfikowana genetycznie, która jest przeznaczona na pasze dla zwierząt hodowlanych. Zgodnie z normami UE winna być należycie oznaczona i nie stosowana przez ludzi. Aczkolwiek w tym przypadku uważam, że do każdej żywności GMO powinno się podchodzić z rezerwą.
    Na koniec, proponuję zapoznać się z kultową już książką autorstwa dr. T. Collina Campbella, „China Study” („Nowoczesne zasady odżywiania”), która zawiera setki badań prowadzonych w Chinach, z których jednoznacznie wynika, iż produkty odzwierzęce mają bezpośredni wpływ na rozwój większości chorób cywilizacyjnych, tj. chorobę Alzheimera, cukrzycę, choroby serca, i co najważniejsze na rozwój komórek rakowych. Badania były prowadzone na bagatela 6,5 tyś. Osób w 65 chińskich i tajskich miejscowościach. Okazały się przełomowe na tyle, że kosztowały dr. Campbella jego pozycję na Uniwersytecie. Niewygodna prawda zazwyczaj spotyka się z radykalnym sprzeciwem ogółu, więc tym bardziej zachęcam do lektury.
  3. Inne zwierzęta też jedzą zwierzęta. Oczywiście. Niektóre zwierzęta są mięsożerne i zjadają inne zwierzęta, by móc przeżyć. Jednak jest też wiele zwierząt roślinożernych, takich jak np. słonie czy goryle, które żywią się wyłącznie roślinami i bynajmniej nie brakuje im z tego tytułu siły. Myślę, że mięsożerny człowiek miałby niewielkie szanse w starciu z roślinożernym gorylem, słoniem, bizonem czy nosorożcem. Nie bardzo też rozumiem, dlaczego wolimy się porównywać akurat z lwem, a nie właśnie z gorylem, do którego jest nam pod wieloma względami dużo bliżej. Śmieszne są także „argumenty” sugerujące, jakoby ludzkie kły świadczyły o naszej wrodzonej mięsożerności. Kieł człowieka jest tak naprawdę bardzo mały w porównaniu do innych zwierząt, również tych roślinożernych (!).
    Prawda jest taka, że człowiek to wszystkożerca. Możemy jeść mięso i nasz układ pokarmowy jest w stanie je strawić, nie oznacza to jednak, że musimy je spożywać. Gdyby mięso było niezbędne dla zdrowia i stanowiło podstawowy składnik diety, jak chcą to widzieć co poniektórzy, weganie nie byliby w stanie przeżyć nawet roku. Natomiast nie tylko żyją, ale również cieszą się dużo lepszym zdrowiem i wyglądem niż osoby spożywające mięso. To mięsożercy borykają się z licznymi problemami zdrowotnymi, podwyższonym cholesterolem, otyłością, itd. Te przypadłości nie dotykają wegan. W zasadzie taki argument powinien być najskuteczniejszy, ale niestety nie do wszystkich przemawia. Lepiej jest zjeść tonę leków, by umożliwić sobie tolerancję laktozy niż zastanowić się, dlaczego nasz organizm tej laktozy nie toleruje. Wolimy faszerować się farmaceutykami niż posłuchać tego, co ma do powiedzenia nasze własne ciało. I, nie zapominajmy, każdy człowiek rodzi się weganinem. Mięsa „uczymy” się jeść na skutek różnych, niekoniecznie słusznych, przekonań kulturowych.
    Na koniec, warto dodać, że człowiek porównuje się do zwierząt tylko wtedy, gdy jest mu to na rękę. W przypadku diety bardzo chętnie stawiamy się na równi z lwem, w innych przypadkach zazwyczaj podkreślamy własną wyższą, a wszelkie porównania do zwierząt odbieramy jako obraźliwe. Człowiek to po prostu inna rasa zwierzęcia i prowadzi inny tryb życia. Zwierzęta robią wiele rzeczy, których my, ludzie, z różnych przyczyn nie robimy. Na przykład, nosimy obuwie i odzież. Stworzyliśmy także cywilizację i pewne normy społeczne, które są inne w świecie zwierząt. Mamy system prawny, który reguluje wiele z naszych zachowań. Jeśli ktoś naprawdę uważa siebie za lwa, to niech sam upoluje gazelę, a następnie rozszarpie ją własnymi zębami i pazurami oraz spożyje w taki sposób jak lew, tj. na surowo. Ciekawa jestem, jak poradziłby sobie w takiej sytuacji „prawdziwy macho” i jako zachowałby się jego żołądek po takim daniu.
  4. Nasi przodkowie jedli mięso. Nasi przodkowie robili również wiele innych rzeczy, których my obecnie nie robimy. Na tym polega ewolucja i rozwój, że weryfikujemy nasze zachowania i poglądy i staramy się zmieniać na lepsze. Myślę, że porównywanie się do pierwszych ludzi z epoki kamienia łupanego niekoniecznie dobrze świadczy o osobie, która na takie porównania się porywa. Aczkolwiek jeśli ktoś naprawdę czuje, że jest na tym właśnie poziomie, to może przez grzeczność warto przyznać rację?
    Jeszcze do niedawna ludzie o odmiennym kolorze skóry, posługujący się innym językiem i wyznający inny system wierzeń byli uważani za gorszych i odbierano im prawo do określania się mianem „człowieka”. Aborygenów trzymano na łańcuchach tak jak obecnie zwierzęta w cyrku. Rdzennych Indian z Ameryki Północnej pokazywano w parkach rozrywki na zasadzie ciekawostki przyrodniczej dla białych turystów. Nie wspominając już o całej krwawej historii niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych. Ludzie czarnoskórzy byli jeszcze do niedawna traktowani jako podgatunek. Odbierano im podstawowe prawa, łącznie z prawem do przeżywania bólu emocjonalnego i fizycznego. Mimo iż do tej pory, niestety, w dalszym ciągu borykamy się z rasizmem, antysemityzmem i seksizmem, to jednak większość nie popiera powrotu niewolnictwa.
    To, co obecnie dzieje się w rzeźniach i sposób w jaki są traktowane zwierzęta, przypomina właściwie w 100% to, co kiedyś działo się z ludźmi o odmiennym pochodzeniu lub kolorze skóry. Ta przykra analogia pokazuje, że musimy iść naprzód i wyciągać wnioski z przeszłości. Błędy są po to, by się na nich uczyć, a nie w nieskończoność powielać. Wierzę, że holokaust zwierząt kiedyś się skończy, a ludzie, którzy obecnie zakrywają oczy oglądając filmy o czarnych niewolnikach, będą tak samo z niedowierzaniem myśleć o naszych obecnych czasach, gdy katowanie zwierząt odbywało się na porządku dziennym i za przyzwoleniem większości. Bądźmy w grupie abolicjonistów, tych, którzy walczą o wolność i opiekę nad słabszymi, sprzeciwiają się społecznej znieczulicy w imię mylnie pojmowanej „tradycji”.
  5. Rośliny też czują. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że badania nad roślinami są istotnie fascynujące. Jednak sposób przekazywania ich w popularnych mediach pozostawia wiele do życzenia. O ile publikacje stricte naukowe są dość obiektywne, o tyle przekazywanie ich w tabloidach tudzież mediach społecznościowych zatraca pierwotny sens badań i skupia się jedynie na wywołaniu taniej sensacji. W wielu przypadkach ma to być właśnie wymierzone przeciwko wegetarianom i weganom w celu ukazania ich jako hipokrytów. Sądzę, że jest to też forma uspokojenia własnego sumienia – skoro sam jem mięso i przyczyniam się do zabijania rokrocznie milionów zwierząt, to przynajmniej pocieszę się w taki sposób, że weganie też mordują, bo rośliny przecież „czują” (naukowcy to udowodnili!). Tak więc wszyscy jedziemy na tym samym wózku, a ja przynajmniej nie jestem hipokrytą. Niestety, osoby stosujące taką „argumentację” zazwyczaj nie zapoznały się z oryginalnymi badaniami w tym zakresie, jedynie przeczytały (a najczęściej ograniczyły się do nagłówka) jakieś mocno przeredagowane rewelacje na fejsbuku lub pudelku. Pierwszy artykuł, jaki pojawił się na ten temat został opublikowany przez Uniwersytet w Missouri. Naukowcy odkryli, że niektóre gatunki roślin wydzielają obronne substancje chemiczne wywoływane przez dźwięk chrupania gąsienic. Miało to zniechęcić gąsienice do dalszego spożywania rośliny. Na podstawie tych wniosków powstały teksty sugerujące jakoby rośliny „miały świadomość”, że są zjadane i odczuwały z tego tytułu niepokój. Oczywiście, wnioski daleko posunięte i nieprawdziwe. Naukowcy bowiem w żadnym momencie swoich badań nie zasugerowali jakoby rośliny posiadały świadomość i zdolność odczuwania emocji. Stwierdzili natomiast, że wibracje wywoływane przez jedzenie roślin powodują zmiany na poziomie metabolizmu komórkowego roślin, tworząc chemiczne reakcje obronne.
    Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy doświadczaniem bólu, a odczuwaniem go w pełni świadomy sposób. Aby móc odczuwać ból, nasz układ nerwowy musi być w stanie przetwarzać zarówno fizyczne, jak i emocjonalne bodźce. Posługując się już bardziej specjalistycznym językiem, wymagana jest obecność nocyceptorów, czyli receptorów bólowych. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta (również niessaki), posiadają takie receptory. Brak ich natomiast u roślin. Nocyceptory reagują na bodźce uszkadzające tkanki i uruchamiają mechanizm obronny organizmu. Gdyby nie one, nie odczuwalibyśmy fizycznego bólu. Badania pokazują, że nawet tak niewielkie organizmy jak ślimaki morskie czy muszki owocowe również posiadają receptory bólu. Warto o tym pamiętać, gdy jesteśmy tzw. semi-wegetarianami, którzy jedzą „tylko” ryby i owoce morza.
    Jednak ból można odczuwać również na poziomie emocjonalnym. W tym celu potrzebny jest mózg, którego rośliny również nie posiadają. U roślin nie zachodzą więc procesy myślowe takie jak u ssaków i niessaków, trudno więc oczekiwać istnienia świadomości potrzebnej do emocjonalnego doświadczania bólu. Być może za jakiś czas pojawią się badania jednoznacznie potwierdzające, iż rośliny to obdarzone czuciem istoty, jednak póki co, takowych brak. Jedyne czym obecnie dysponujemy to badania pokazujące różne, niekiedy dość złożone, reakcje chemiczne i mechaniczne roślin, oraz parę przekręconych wyników badań, by zdyskredytować zasadność diet roślinnych z etycznego punktu widzenia. Jednak nie wolno zapominać, że mechaniczne reagowanie na bodźce to nie to samo co świadome odczuwanie bólu.
  6. Dieta wegańska jest bez smaku. Niestety, w dzisiejszych czasach zatraciliśmy umiejętność odczuwania naturalnego smaku. Przyzwyczailiśmy się do sztucznych dodatków, spulchniaczy i polepszaczy smaku. Być może dlatego prawdziwa słodycz z owoców jest za mało słodka, a warzywa nijakie. Natomiast każdy, kto spróbował zmienić swój sposób odżywiania i wrócić do możliwie jak najnaturalniejszego jedzenia, zaczyna ponownie odkrywać i doceniać smak płynący z natury.
    Sceptycy zazwyczaj uważają, że dieta wegańska jest niezwykle monotonna, pozbawiona smaku i trudno się takimi posiłkami najeść. Nic bardziej mylnego!
    Dieta wegańska składa się nie tylko z warzyw i owoców, ale również zbóż, ziaren, orzechów, pestek i roślin strączkowych, z których można przyrządzić dosłownie wszystko. Dania wegańskie to nie tylko surowe sałatki, ale również pieczone, grillowane, duszone i inne potrawy. Mamy wegańskie pieczywo, pizze, sery, burgery, lody, ciasta, makarony, ryże i wiele, wiele innych. Niektóre potrawy smakują dokładnie tak, jak ich mięsne odpowiedniki, z tą tylko różnicą, że są zdrowsze i nie powodują cierpienia zwierząt. Są też takie dania, które smakują całkowicie inaczej niż to, co do tej pory jedliśmy. Warto poznawać nowe smaki i delektować się tym, co oferuje dieta wegańska. Zachęcam też do przeglądania blogów wege z różnymi przepisami, aby przekonać się, że dieta roślinna może być nie tylko smaczna, ale również bardzo urozmaicona. Również u mnie znajdzie się coś dla fanów ciekawej kuchni wegańskiej: http://www.vegangirl.pl/category/przepisy/
    Zapewne wielu mięsożernych znajomych będzie podchodziło do weganizmu sceptycznie. Najlepszym sposobem na przekonanie ich jest zaproponowanie pysznego dania wegańskiego. Niech sami sprawdzą, że roślinne jedzenie może być naprawdę smaczne i sycące.

Bibliografia:

Leave a Reply