Tłusta Ameryka (?)

facebooktwitterpinterest

fatnation

Nie da się ukryć, że Stany Zjednoczone to kraj z największym odsetkiem ludzi śmiertelnie otyłych. Badania pokazują, że już co trzeci nowotwór związany jest z nadmierną masą ciała i wkrótce stanie się ona groźniejszym czynnikiem rakotwórczym niż palenie papierosów (sic!). Amerykańskie Towarzystwo Onkologiczne ocenia, że w 2012 roku aż 191 tysięcy przypadków nowotworów było spowodowanych otyłością. Do tej pory rak nie był wymieniany jako główne zagrożenie związane z nadwagą, ale badania jednoznacznie pokazują, że im większa masa ciała tym większe ryzyko zachorowania na raka jelita grubego, przełyku, trzustki, nerki, a także raka piersi. Otyłość pogarsza również rokowania u osób już chorujących na nowotwory, ponieważ częściej dochodzi u nich do powikłań i nawrotów choroby. Ryzyko zgonu u otyłych mężczyzn cierpiących na raka jest o 52% większe, a w przypadku kobiet – nawet dwukrotnie. Jednak mimo to wskaźnik otyłości stale się zwiększa – z 26,2% w 2012 roku do 27,2% w 2013 roku. Najbardziej dotknięte tym problemem są stany południowe, i środkowo-zachodnie, gdzie świadomość zdrowego żywienia jest w dalszym ciągu stosunkowo mała. Przykładowo, w 2011 roku, odsetek ludzi otyłych w Missisipi sięgnął prawie 35%.

Jednak warto zauważyć, że nie wszędzie sytuacja wygląda tak tragicznie. Kalifornia, Hawaje, Kolorado to przykłady tych stanów, gdzie świadomość sportowa i zdrowe przyzwyczajenia zdają się być już mocno zakorzenione. W amerykańskich metropoliach, które miałam okazję ostatnio zwiedzać, osoby patologicznie otyłe stanowią raczej rzadkość. Większość ludzi mijanych na ulicach jest naprawdę szczupła i wysportowana, a restauracje serwujące niezdrowy i tuczący fast food coraz częściej są wypierane przez te oferujące organiczne, często wegańskie i wegetariańskie potrawy. W zasadzie weganizm, czy wręcz witarianizm stają się w USA nową (i zdrową!) modą. W Polsce, w dalszym ciągu jest to postrzegane jako fanaberia czy też wariactwo, a obiad w postaci smażonego kotleta z ziemniakami dalej uchodzi za przykład prawidłowego żywienia.

W Nowym Jorku i Los Angeles kult szczupłej sylwetki jest tak wielki, że jeszcze przed 6 rano parki są pełne biegaczy, rolkarzy, joginów lub przynajmniej spacerowiczów z psami. W Polsce taką sytuację obserwuję jedynie w weekendy i to przy naprawdę ładnej, słonecznej pogodzie. W okresie jesienno-zimowym biegaczy jest zaledwie kilku, z czego kobiet prawie w ogóle. Samo Los Angeles oferuje praktycznie same zdrowe restauracje, gdzie każda potrawa jest dokładnie opisana pod względem zawartości białka, węglowodanów i tłuszczy, a także kalorii, glutenu, laktozy, itp. Ludzie przypadkowo spotkani w „Starbucksie” wyglądają jak modele i modelki ze „Sports Illustrated”. Naprawdę można popaść w kompleksy! Aczkolwiek jest też i ciemna storna przesadnego skupiania się na wyglądzie, jak np. częste zaburzenia odżywiania, nadmierne operacje plastyczne, itp.

Skupmy się jednak na pozytywnych aspektach odżywiania w Stanach Zjednoczonych. Nie ukrywam, że bywam w tym kraju stosunkowo często, więc zdążyłam sobie wyrobić pewne zdanie na ten temat. Znam wielu Polaków, którzy wyjechali do USA na stałe, roztyli się i całą winę zrzucili na „podejrzane” tuczące jedzenie. Jest w tym jakaś krztyna prawdy, ponieważ faktycznie dostępność jedzenia, zwłaszcza tego niezdrowego, jest przeogromna. Tylko prawda jest taka, że nikt nikogo nie zmusza do kupowania hamburgerów, czipsów, bagli, pizzy, lodów z polewą i posypką, itp. To jest indywidualny wybór każdego z nas. Natomiast państwo ze swojej strony robi naprawdę wiele, by odpowiednio informować konsumenta. Idąc na kawę do sieciówki dokładnie wiem, ile ma ona kalorii, jakie są dodatki, jaka jest proporcja białka do węglowodanów itd. Co więcej, producent wręcz sugeruje, jak mogę obniżyć kaloryczność swojego ulubionego napoju wybierając np. mleko 0% tłuszczu albo nie dodając cukru.

Czy potrzeba czegoś więcej? Nie. Teraz wszystko zależy już od nas, czy znając powyższe dane zdecydujemy się na mającą ponad 1000 kcal karmelową latte z dodatkami czy wybierzemy zwykłą kawę na chudym mleku. Jeśli wybierzemy tę pierwszą to winą za dodatkowe kilogramy i wyrzut insuliny do krwi możemy obarczać tylko i wyłącznie siebie. Jeżeli ktoś kupuje wysokokaloryczne przekąski i potrawy, bo nie może się oprzeć, to niestety, ale musi również ponieść tego konsekwencje. Zgadzam się, że wszechobecność jedzenia i jego piękny, wręcz idealny wygląd sprawiają, że silna wola jest wystawiona na ciężką próbę, ale nie możemy winić producentów za własne słabości.

W Polsce nie wszystkie produkty są oznaczone pod względem kaloryczności, a w restauracjach jest to wręcz niespotykane. Natomiast w USA stanowi praktycznie normę, więc według mnie epidemia otyłości nie jest spowodowana niewiedzą. Nie można bowiem twierdzić, że ktoś kto kupuje deser zawierający praktycznie dzienne zapotrzebowanie kaloryczne łudzi się, że od tego nie przytyje. To trochę tak, jakby wchodzić do basenu i liczyć na to, że się nie zmoczymy. Owszem, zdarzają się przypadki pań, które idą „pływać” w pełnym makijażu i potem rozpaczają, bo tusz do rzęs i pokład nie wytrzymały starcia z wodą, ale jednak są to raczej wyjątki. 😉

Nie można też powiedzieć, że dostępność zdrowego pożywienia jest w USA ograniczona. Wręcz przeciwnie, to właśnie w tym kraju nie mam najmniejszych problemów z kupnem świeżych owoców i warzyw lub innych, zdrowych przekąsek bądź też ze znalezieniem restauracji serwujących organiczne, wegańskie dania. Batony i napoje białkowe dla sportowców, które u nas można dostać w zaledwie kilku punktach sprzedających odżywki, są dostępne na niemalże każdej stacji benzynowej! Można tam też kupić jabłka lub jajka na twardo. Sieć kanapkowa „Subway” oferuje możliwość przygotowania omletu z samych białek jaj, co u nas raczej wzbudza konsternację i zdziwienie, że ktoś w ogóle może jeść same białka bez żółtek. Z kolei „Starbucks” sprzedaje pudełka lunchowe z dokładnym opisem kalorii i wszystkich składników odżywczych – np. protein box, gdzie jest trochę owoców, organiczne masło orzechowe i ser. Do tego świeże warzywa i kanapki, w przypadku których zawsze wiadomo ile mają kalorii, więc reszta należy już do nas. A dla chcącego, nic trudnego. Tak samo jak w USA można przytyć ulegając tłustym, wysokokalorycznym potrawom, tak samo równie skutecznie można tam schudnąć. Wszystko jest kwestią indywidualnego wyboru. Jedzenie nie posiada żadnych „ukrytych” składników, które w jakiś niewytłumaczalny sposób zwiększałyby naszą tkankę tłuszczową. Wszystko jest dokładnie opisane, więc z góry wiadomo, po co sięgamy i co znajdzie się w naszym organizmie. A prawda jest taka, że „jesteśmy tym, co jemy” niezależnie od miejsca na świecie, w którym się znajdujemy.

IMG_3078Supermarket „Whole Foods”

IMG_3080Supermarket „Whole Foods” – jeśli komuś nie chce się kroić… 🙂

IMG_3271Zdrowe przekąski – niezwykle popularna tutaj woda kokosowa i batonik ze spiruliny (wszystko bez żadnych sztucznych dodatków, 100% organiczne)

Źródło:

Podobne artykuły:

Dodaj komentarz