Tokio – wegański surwiwal

facebooktwitterpinterest

tokio

Na początku muszę stwierdzić, że Tokio naprawdę mnie urzekło – zarówno samo miasto, które jest niesamowicie czyste jak na swój rozmiar, jak również ludzie i cała japońska kultura. Japończycy są niezwykle uprzejmi i raczej powściągliwi w okazywaniu emocji. Nikt się tutaj nikomu nachalnie nie przygląda, nikt się nie przepycha ani nie zachowuje w hałaśliwy sposób. Ludzie kulturalnie mijają się na ulicy, ustępują sobie miejsca, kłaniają się i grzecznie czekają w kolejkach. Jest to naprawdę niesamowite, że w tak wielkim mieście można bezproblemowo funkcjonować, a w Warszawie, która jest prawie pięciokrotnie mniejsza, codziennie stykamy się z chamstwem i prostactwem. W tokijskim Starbucksie panuje cisza niczym w uniwersyteckiej bibliotece, przełamywana jedynie dźwiękami pianina. Mimo iż miasto jest ogromne i bardzo zaludnione, zupełnie nie męczy. Można godzinami przechadzać się po najbardziej zatłoczonych dzielnicach i nie mieć dość.

Podróż do Japonii od dawna chodziła mi po głowie. Powieści Murakamiego, piękne kobiety, ryż na parze (który mogłabym jeść kilogramami), niepowtarzalne połączenie kultury wschodniej z zachodnią – czego chcieć więcej? Wybrałam okres poświąteczny tak, by móc spędzić w Tokio Sylwestra i pierwszy tydzień nowego roku. Plan ten okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Japoński Nowy Rok, czyli Shōgatsu san-ga-nich, to kilkudniowe święto narodowe. Japończycy w tym czasie dekorują swoje domy ozdobami z przyciętych bambusów związanych słomą ryżową, które wieszają na drzwiach wejściowych, odwiedzają rodziny i starają się uporządkować wszelkie niepozamykane sprawy tak, by móc spokojnie wkroczyć w nowy rok. 31 grudnia to święto zdecydowanie różniące się od znanego nam Sylwestra. Nie ma tu bowiem ani pijaństwa ani całonocnego imprezowania w klubach ani nawet fajerwerków. Ludzie odwiedzają za to buddyjskie świątynie, by posłuchać błogosławieństwa mnichów. O północy świątynny dzwon (joya-no kane) wypędza stary rok i zwiastuje nową nadzieję. Przy świątyniach jest rozstawione mnóstwo straganów, gdzie można przede wszystkim kupić tradycyjne potrawy i przekąski. Krótka relacja znajduje się tutaj.

tokio templeNowy Rok w Tokio

Noworoczne świętowanie trwa do połowy stycznia i towarzyszą mu liczne gry, zabawy i festiwale oraz wielkie wyprzedaże sklepach, na potrzeby których zamykane są całe ulice. Niestety, zamykane są również niektóre muzea i restauracje.

Przed przyjazdem do Tokio zrobiłam drobny research w sieci pod kątem miejsc serwujących dania wegańskie. Polegałam głównie na aplikacji „HappyCow”, która zawiodła na całej linii. Sporo z miejsc, które były rekomendowane na tej stronie zwyczajnie już nie istnieje. Druga połowa była zamknięta. Musiałam więc sporo się namęczyć, by móc normalnie jeść nie rezygnując ze swojej diety wegańskiej. Wbrew pozorom Japonia wcale nie jest bezmięsnym rajem. Owszem, spożywa się tu znacznie więcej warzyw i owoców niż na Zachodzie, prawie nie ma nabiału, ale znalezienie całkowicie wegańskiego dania graniczyło niekiedy z cudem. Jak się okazuje, ryba wcale nie jest w Japonii głównym produktem pochodzenia zwierzęcego, równie popularna jest wieprzowina, którą – ku mojemu zaskoczeniu – znalazłam w…tofu. Poza tym, widziałam też wieprzowe sushi, dlatego po dwóch pierwszych dniach nauczyłam się podstawowych słów po japońsku, czyli „niku” oznaczające „mięso” i „miruku” oznaczające mleko. To ostatnie okazało się przydatne przy zamawianiu zielonej herbaty, którą często serwowano mi właśnie z mlekiem. Większość przekąsek onigri dostępnych w supermarketach zawiera ryby, majonez lub sproszkowane mleko, a najczęściej wszystkie te trzy składniki. Nawet onigri „roślinne” nie są w 100% wegańskie, ponieważ zdarzają się tam rybopochodne składniki. Ponoć kawałki ryb można znaleźć nawet w…paczkach orzechów (sic!). To samo tyczy się większości zup, które nawet jeśli nie zawierają ryb jako takich są na rybie gotowane. Czasem można tę informację uzyskać od personelu restauracji, gorzej gdy angielski stanowi problem i zachodzi konieczność porozumiewania się częściowo na migi. Menu często było napisane po japońsku, co niestety jeszcze bardziej ograniczało jakiekolwiek szanse na uzyskanie odpowiednich informacji.

Na szczęście hotel, w którym mieszkałam oferował posiłki w formie bufetu szwedzkiego. Mogłam dokładnie obejrzeć każdą potrawę, a w razie wątpliwości, po prostu zapytać kucharzy. Na śniadanie było wiele opcji – zazwyczaj jadłam owsiankę na mleku sojowym, z suszonymi owocami, pestkami dyni i słonecznika oraz orzechami nerkowca. Do tego były spory wybór świeżych owoców, np. bananów, jabłek, ananasów, melonów, itp. Inna śniadaniowa opcja składała się z ryżu na parze lub noodli z brązowego ryżu, świeżych warzyw i tofu posypanego nasionami i/lub orzechami. Lunche i kolacje zwykle jadałam na mieście ze względu na intensywne, całodniowe zwiedzanie. W większości restauracji dania zawierały mięso lub były przygotowywane na mięsie. Raz udało mi się znaleźć zupę warzywną z grubymi noodlami i grzybkami shiitake. Pani zapewniała, że nie było w nim mięsa, ale podejrzewam, że jak tradycyjna miso mogła być gotowana na rybie. W kolejnej restauracji, która stanowiła fuzję kuchni japońskiej, francuskiej i włoskiej, zamówiłam pastę wegetariańską i udało mi się wytłumaczyć, że nie chcę do tego ani masła ani majonezu. Dobrym rozwiązaniem było też zamawianie czystego ryżu i po prostu dokupywanie w supermarkecie tofu. Warzywa można bez problemu kupić praktycznie w każdym wydaniu – smażone, na parze, gotowane, surowe.

Generalnie, przetrwanie w Tokio na diecie wegańskiej jest trudne. Warto wcześniej sprawdzić w Internecie odpowiednie restauracje i upewnić się, że nadal działają i w jakich godzinach są otwarte. W supermarketach wybór przekąsek czy wręcz całych gotowych dań (na ciepło lub na zimno) jest spory, ale wszędzie napisy są po japońsku, a personel z reguły kiepsko mówi po angielsku. Trudno mieć stuprocentową pewność, że dana potrawa nie zawiera nic pochodzenia zwierzęcego. Najbezpieczniejsze są sałatki, ponieważ od razu widać co w nich jest, ale niestety, trudno uznać je za sycący obiad. Pozostają restauracje i proszenie o przygotowywanie „autorskich” dań, bez mięsa (nabiał rzadko jest tutaj problemem). Zazwyczaj po jakimś czasie można się dogadać, na wpół po angielsku i na wpół po japońsku, i zjeść porządny wegański posiłek. A energia się przydaje, bo zwiedzania jest sporo.

Źródło:

Podobne artykuły:

1 Response

  1. styldowolny napisał(a):

    Marzy mi się podróż do Japonii, może kiedyś…

Dodaj komentarz