Wegańskie podróże

Zdjęcie: Ross Parmly

Gdy rozważałam zmianę swojego sposobu odżywiania się na dietę całkowicie roślinną, oprócz „klasycznych” zarzutów o niedoborach, słyszałam także głosy zdziwienia (a może nawet współczucia), że „co ja zrobię podczas podróży”. Przyznaję, że sama także miałam pewne wątpliwości. Z początku weganizm jawił mi się jako jedno wielkie wyzwanie, wymagające wręcz nadludzkiej silnej woli i samozaparcia. Wydawało mi się, że będę stale głodna, że nie znajdę wegańskich zamienników niektórych produktów, że moja dieta będzie po prostu bardzo smutna i przygnębiająca. W praktyce okazało się, że weganizm oferuje tyle wspaniałych możliwości kulinarnych, że nie ma tu miejsca na jakąkolwiek monotonię ani tym bardziej na głód! Warzywa, owoce, rośliny strączkowe, nasiona i orzechy można przyrządzać na setki różnych sposobów i delektować się ich naturalnym smakiem, który dopiero na takiej diecie jesteśmy w stanie w pełni docenić. Żadnych niedoborów nigdy nie miałam i nigdy nie czułam się lepiej. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że zmiana diety na weganizm to była zdecydowanie jedna z lepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu. Zachęcam do takiej zmiany wszystkich tych, którym zależy na własnym zdrowiu i którym nie jest obojętny los zwierząt.

Przejdźmy jednak do konkretów. Jak to jest w podróży? Czasem całkowicie bezproblemowo, czasem – przyznaję – bywa trudno. Jednak nikt nie powiedział, że życie jest proste i że wszystko będzie nam podawane na tacy (dosłownie i w przenośni). Osobiście uważam, że zawsze i wszędzie można znaleźć wegański posiłek lub samodzielnie go skomponować. Nie ma rzeczy niemożliwych. Rozumiem, że w dobie fast foodów przyzwyczailiśmy się do pewnej żywieniowej wygody i oczekujemy, że przy pierwszym skurczu żołądka od razu znajdziemy jedzenie. Łatwo, szybko i przyjemnie, ale niekoniecznie zdrowo. Dlatego sama wybrałam drogę „wegańskiego łowcy”. J Poluję na zdrowe jedzenie, gdzie tylko się da.

Na warszawskim lotnisku Chopina kolejka do McDonald’s jest chyba dłuższa niż do samolotów. Natomiast zaraz obok znajduje się niewielki barek oferujący głównie naturalnie wyciskane soki i koktajle. Są też wrapy, kanapki i sałatki. Jednak wegańskie są chyba tylko wrapy z humusem. Na innych lotniskach zazwyczaj mamy większy wybór restauracji i barów szybkiej obsługi. Osobiście wybieram kuchnię wschodnią, ponieważ tam zawsze można kupić ryż i tofu albo inne dania warzywne. Kuchnia wschodnia rzadko stosuje nabiał, więc brak mięsa zazwyczaj oznacza, iż danie jest wegańskie. Poza tym, na lotnisku obsługa zawsze mówi po angielsku, więc bez problemu możemy się dogadać i poprosić o spersonalizowanie posiłku. Osobiście nigdy nie miałam z tym problemu, a obsługa zawsze chętnie pomagała w dopasowaniu dania do moich potrzeb. Niekiedy wręcz czułam się jak VIP, ponieważ cały personel kuchenny i kelnerzy byli bardzo poruszeni moimi „nietypowymi” wymaganiami i chcieli jak najlepiej im sprostać. Najmilej wspominam lotniska w Japonii. Niezwykle mili i pomocni ludzie, pełni zrozumienia i tolerancji dla wszelkiej odmienności dietetycznej. Na wielu innych lotniskach opcje wege są dostępne również w Starbucksie. Można kupić sałatki warzywne, pity i wrapy z falafelem lub humusem, są też wegańskie desery!

Innym rozwiązaniem jest podróżowanie z własnym pożywieniem. Dzięki temu dokładnie wiemy, co zjemy i nie musimy się stresować, że czegoś nam zabraknie albo że coś będzie nie do końca wegańskie. Moje propozycje to:

  • własnoręcznie przygotowywane kanapki na naturalnym pieczywie, z masłem orzechowym, humusem, serem wegańskim, naturalną oliwą z oliwek i warzywami, lub z dżemem
  • batony wegańskie typu „meal replacement” lub kilka zwykłych, jeśli mają niższą zawartość kaloryczną; niezwykle wygodne i praktyczne w podróży
  • orzechy i nasiona w postaci własnoręcznie przygotowanej mieszanki; bardzo odżywcze i sycące
  • świeże owoce są nieco mniej praktyczne przy dłuższej podróży, ale niektóre nadają się wręcz idealnie, jak np. stare dobre jabłka
  • suszone owoce to bardzo praktyczna przekąska, która dodaje dużo energii; sama często zjadam jako deser lub gdy dopada mnie jet lag
  • sproszkowane zamienniki posiłków nie zawsze są najlepszym wyborem, ale często pozwalają zaspokoić uporczywy głód; bez problemu dostaniemy tego typu zupki lub białka w internetowych sklepach ekologicznych; wystarczy je zalać wrzątkiem na lotnisku lub w samolocie i mamy ciepły posiłek

W ostateczności można kupić danie z mięsem i nabiłem, i po prostu nie zjeść tych składników. Jednak osobiście odradzam taką metodę z kilku powodów. Po pierwsze, kupując takie dania czy produkty wspieramy producentów, których z racji weganizmu jednak nie chcemy wspierać. Po drugie, nigdy nie jesteśmy w stanie idealnie usunąć resztek mięsa czy nabiału, a chyba żaden weganin nie chciałby przypadkiem zjeść kawałka kurczaka (!). Dla mnie takie rozwiązanie to już całkowita ostateczność.

W samolocie zazwyczaj mamy możliwość wybrania posiłku wegetariańskiego. Wegańskie są, niestety, w dalszym ciągu rzadkością, jednak na lotach długodystansowych zdarzają się i są coraz lepsze. Czasy, gdy biedny wegetarianin dostawał suchą bułkę i dwa listki sałaty powoli odchodzą do lamusa. Dla przykład, teraz, lecąc liniami Cathay Pacific Airways, dostałam na śniadanie ciepłą fasolkę z pieczonymi ziemniakami i innymi warzywami plus sałatkę z ciecierzycą, a na deser świeże owoce. Na obiad była gotowana soczewica w sosie pomidorowym. Poza tym sporo posiłków wegetariańskich jest określanych jako „non-dairy”, czyli bez nabiału, co w większości przypadków czyni je de facto daniami wegańskimi. Lista linii lotniczych, które oferują posiłki wege znajduje się w linku w bibliografii. Jeśli chcemy skorzystać z takiego posiłku, musimy pamiętać, bo zarezerwować go co najmniej 24 godziny wcześniej.

Jak przeżyć na miejscu? Wiele zależy od tego, dokąd lecimy. Tak jak pisałam wcześniej, w krajach azjatyckich zazwyczaj problem jest mniejszy, ponieważ nabiał jest tam dość rzadko stosowany. Wystarczy zwykle poprosić o danie bez mięsa i od razu będzie ono wegańskie. Oczywiście, nie zawsze, dlatego warto przed egzotyczną podróżą nauczyć się w lokalnym języku, jak jest nabiał i mięso albo najlepiej poprosić kogoś w hotelu o zapisanie na kartce w lokalnym języku krótkiego zwrotu: „poproszę o posiłek bez nabiału i mięsa”. Idealnie się to sprawdziło w moim przypadku, gdy podróżowałam po Japonii. O ile w Tokio można się było jeszcze porozumieć po angielsku, w mniejszych miejscowościach było to niekiedy bardzo trudne. Nie wspominając już o japońskim alfabecie, z którego trudno cokolwiek wydedukować.

Warto też wcześniej zrobić research w Internecie i poszukać blogów wegańskich pisanych przez osoby mieszkające w kraju, do którego się wybieramy. Zazwyczaj takie blogi są prawdziwą skarbnicą informacji na temat wegańskich miejscówek (niekiedy również wydarzeń), o których „oficjalne” portale podróżnicze nawet nie słyszały. Jest też międzynarodowy serwis zrzeszający restauracje i bary wegetariańskie i wegańskie na całym świecie, wraz z opiniami gości – HappyCow. Czasem to dobry punkt wyjścia, ale niestety portal nie aktualizuje wpisów i niektóre lokale już zwyczajnie nie istnieją, co może zaprowadzić nas na manowce. A prócz tego są sklepy ze zdrową żywnością, nawet zwykłe markety, gdzie można dostać wegańskie produkty (np. tofu), sprzedawcy uliczni (w krajach azjatyckich wcale nie królują kiełbasy) i hotele chętne współpracować z nawet najbardziej wymagającymi gośćmi. Nie wspominając już o tym, że powstaje coraz więcej ośrodków wypoczynkowych oferujących kuchnię wegańską – i tu znowu z pomocą przychodzi Internet. Poniżej kilka przydatnych linków!

Bibliografia:

Leave a Reply